Obrazek nagłówka - Paulina i Artur

Paulina i Artur

Do Belgii na frytki i piwo

Do Belgii na frytki i piwo

Frytki

Jeśli myślicie, że frytki z McDonaldsa to najlepsze, co może powstać z ziemniaka, to mylicie się i to grubo. Belgijskie frytki to zupełnie inna liga. Smażone dwukrotnie w dwóch różnych temperaturach, aby na zewnątrz były chrupkie, a w wewnątrz miękkie. Do tego radośnie pluszczące się w oleju pochodzenia zwierzęcego. Tyle teorii. Ale jak je zdobyć? Sprzedawane są w przyczepach, budkach albo lokalach z fast foodem. W  tych ostatnich można zamówić też inne żarcie na szybko. Mieliśmy okazję jeść w jednym z takich lokali.

Sztokholm – miasto na wyspach

Sztokholm – miasto na wyspach

Sztokholm wyspami stoi, a właściwie na wyspach znajduje się. Naszą podróż przekornie zaczniemy na stałym lądzie przy placu Sergels Torg, gdzie Cyganki w warkoczach za plecy, odziane w długie różowe spódnice potrząsają kubeczkami w nadziei na twardą walutę. Otwarcie rynku pracy dla Bułgarii i Rumunii poważnie testuje tolerancyjność Szwedów. Niedaleko mieści się rynek, a na stoiskach królują kurki. Ich żółć przyciąga turystów, natomiast temperament sprzedawców trochę odpycha. Tuż obok znajduje filharmonia – jedyny niebieski budynek w Sztokholmie. To tutaj przyznawane są nagrody Nobla, potem uczestnicy przenoszą się na bankiet do ratusza. Ale to już na wyspie Kungsholmen.

Jeden dzień z życia autostopowicza w Korei

Jeden dzień z życia autostopowicza w Korei

Budzimy się i sennie patrzymy na zegarek. Na miejscu odpowiedzialnym za wyświetlanie godzin mieni się liczba sześć. Wstajemy wcześnie, gdyż jest po temu świetna okazja. Dzisiaj sprawdzamy w praktyce autostop w Korei – do pokonania ponad 400 kilometrów. Cel miejscowość Donghae w Gangwon-do czyli wschodnie wybrzeże. Mapa przestudiowana, najlepsza marszruta wytyczona, plecaki spakowane, kompas został w Polsce. Możemy wyruszać.

Na wyspie

Na wyspie

Horyzont poszedł na spacer i coś długo nie wraca. Woda zlała się z niebem i nabrała koloru szarości. Szarości, która wzbudza ten rodzaj nostalgii, jaki krzepi serce. Dwie latarnie toną we mgle strzegąc dostępu do portu. Wykazują w tym trochę zazdrości: gdy jedna mruga, druga, jakby z szacunku, czeka kilka sekund, po czym również rozpala się światłem. Przy brzegu perwersyjny odpływ obnażył skały. Księżyc lekko tylko otworzył swoje oko i postanowił okryć bezwstydnice wodnym płaszczem. Za nami wielki ślimak – nasz mentor i zbawca – rozpościera dumnie swoje czułki. Chłoniemy to wszystko i błogi spokój udziela się również nam.

Japonia znaczy nowoczesność

Japonia znaczy nowoczesność

Samolot przygotowuje się do lądowania. Lecimy nad zatoką wzdłuż linii brzegu. Za oknem krajobraz od jakiegoś czasu wygląda tak samo. W tle niewyraźnie majaczą góry, przed nimi mnóstwo budynków zlepia się w szarobrązową papkę, a na pierwszym planie woda. Jedno miasto płynnie przechodzi w drugie, tak że cały krajobraz zdaje się jednym wielkim trenerem zabudowanym. Lądujemy na prostokątnej wyspie, na której jest tylko lotnisko. Wow! Japonio witaj!

Pustynia

Pustynia
Pustynia

„Możemy jutro razem jechać na pustynię” – powiedział Abbas. Puściliśmy to zdanie mimo uszu, gdyż byliśmy pewni, że to tarof. Po trzech dniach spędzonych razem byliśmy przekonani, że potrafimy rozpoznać blef. Wróciliśmy do mapy Iranu i planowania naszej podróży. „Czy zrobiliśmy coś nie tak, że nie chcecie z nami jechać?” – wskazał na siebie i na swoją żonę. Tym razem byliśmy trochę skonfundowani. Zgodziliśmy się. W ten sposób po raz pierwszy w życiu pojechaliśmy na pustynię.

Z Teheranu wyjechaliśmy wcześnie rano, mimo to było bardzo ciepło. Po drodze zrobiliśmy przystanek na tankowanie – litr paliwa za 40 groszy – żyć, nie umierać. Następna przerwa to zatankowanie termosu wrzątkiem. Stanęliśmy przy skupisku przydrożnych sklepików. Przed każdym z nich znajdował się wielki samowar, z którego można było nalać wodę.

Shit happens, czyli wracamy

Na samym początku chciałabym przeprosić za dosadny tytuł tego posta, ale trudno mi znaleźć wyrażenie, które lepiej opisywałoby wydarzenia ostatnich dni. Można by było również powiedzieć, że miałam ‚przesrane’, lecz słowo to określa tylko jeden aspekt całej historii. Ale do rzeczy.

Takie tam w szpitalu

Takie tam w szpitalu

Po zwiedzaniu szpitala w Pune i zakończeniu kuracji antybiotykowej udaliśmy się na południe w stronę Goa na zasłużone ‚wczasy pod palmą’. Po drodze zwiedziliśmy Kolhapur i po dwóch dniach od wyjazdu znaleźliśmy się w stolicy Goa, Panjim (lub Panaji – jak kto woli). Niestety nie było nam dane nacieszyć się tym rajskim regionem. Już drugiego wieczoru zostałam rozpalona do czerwoności i to wcale nie przez Artura, a grasujące w moim organizmie mikroby. Do tego dołączyła odrzutowa biegunka i inne objawy, więc, biorąc pod uwagę długą listę chorób tropikalnych, udaliśmy się do pobliskiego szpitala. Podczas pobytu w nim wielokrotnie poprawiałam ustanowiony przez siebie rekord w biegu na 20 metrów do toalety z przeszkodami. Mimo przeprowadzenia wielu badań nie udało się do końca ustalić, co mi tak naprawdę dolegało i czy był to nawrót poprzedniej choroby, czy jestem po prostu dzieckiem szczęścia i dwukrotnie ktoś mi ‚sprzedał’ jakieś paskudztwo. Sprawę przekażę w ręce mojego lekarza rodzinnego. Może jemu, na podstawie dokumentacji medycznej, uda się wyjaśnić tę biologiczną zagadkę.

Mimo zachowania najwyższych środków ostrożności i ekstremalnej higieny nie udało mi się uchronić przed wszechobecnymi w Indiach zarazkami. Arturowi zdarzało się niejednokrotnie łamać ‚zasady’ i, na szczęście (odpukać!), jest cały i zdrowy. Taka ironia losu. Jakby tego było mało, podczas badań lekarskich okazało się, że cierpię na przypadłość, którą należy skonsultować z lekarzem i najprawdopodobniej zająć się jej usunięciem. Mając na względzie warunki ubezpieczenia oraz te panujące w indyjskich szpitalach postanowiliśmy powrócić do ojczyzny. Poza tym nie wiem, co by powiedziała na to moja wątroba, gdybym jeszcze raz w tak krótkim czasie nakarmiła ją sutą porcją antybiotyków i innych lekarstw z długą listą skutków ubocznych. W końcu ‚szlachetne zdrowie’ jest najważniejsze, a gdy się zepsuje, to i najlepsza podróż nie ‚smakuje’ dobrze.

Nie ma jednak tego złego, co by na dobre nie wyszło. W tym roku pobiliśmy wszystkich, w tym tak zasłużone postacie jak Gwiazdor, Święty Mikołaj, Dziadek Mróz i inni, robiąc naszym rodzinom najlepszy z możliwych prezent gwiazdkowy.

Po ponad czterech miesiącach podróży jesteśmy z powrotem w domu, ale z blogiem się nie rozstajemy, gdyż:

  • mamy jeszcze wiele materiałów, których nie mieliśmy do tej pory okazji opublikować,
  • to jeszcze nie koniec naszej podróżniczej historii…