Obrazek nagłówka - Paulina i Artur

Paulina i Artur

Dziennik – 16 października 2012

Budzimy się dość późno, bo o godzinie 10. Farid serwuje nam na śniadanie pyszny miód oraz różne konfitury z nieznanych nam owoców lub kwiatów. A wszystko wraz ze śmiesznym, płaskim chlebkiem. Wychodzimy razem, po drodze pytamy w agencji turystycznej o bilety lotnicze do Indii. Okazuje się, że cena wynosi około 100$. Idealnie się wszystko układa. Idziemy zobaczyć największy kryty bazar na świecie i mamy zamiar wejść do biura informacji turystycznej, w której pracuje Nasser ‚wymiatający’ po polsku. Gdy dochodzimy do bazaru zaczepia nas jakiś koleś i pyta czy nie potrzebujemy przewodnika. Okazuje się, że to Nasser we własnej osobie. Po krótkiej rozmowie w języku polskim zaprasza nas do swojego biura na herbatę. Przechodzimy na angielski, rozmawiamy o naszych planach i sposobie podróżowania. Ciągle jesteśmy pod wrażeniem jego znajmomości nietuzinkowych polskich słówek. Opuszczamy informację turystyczną i obiecujemy, że jeszcze się tu pojawimy. Szwędamy się trochę po bazarze, po czym idziemy zobaczyć Blue Mosque. Meczet jest dość stary i obdrapany, więc nie robi na nas zbyt wielkiego wrażenia. Postanawiamy zjeść drożdżówki, zapijając je dooghem. Kiedy tak jemy w parku, pojawia się inny couchsurfer – Mohammad i zaprasza nas do swojego biura. Umawiamy się na popołudnie i idziemy zwiedzać muzeum Azerbejdżanu. Nie za wiele w nim ciekawych eksponatów. Podoba nam się jedynie wystawa rzeźb pewnego irańskiego artysty. Jest już prawie 17, więc gnamy na spotkanie z Nasserem. Obowiązkowa herbata, nieodłączne ‚wyluzuj’ i idziemy wymienić dolary na riale na ‚czarnym rynku’. Całość operacji nadzoruje Nasser. Czekamy długo, po czym przychodzi koleś, który rozpina koszulę i zza pazuchy wyciąga około dwucentymetrowy plik banknotów. Przeliczamy pieniądze na stoisku z dresikami. Zajmuje to trochę czasu, bo jest to około 100 papierków. Wszystko się zgadza, dajemy w zamian 4 banknoty i wszyscy są zadowoleni. Cały proces musiał wyglądać trochę komicznie. Wracamy do Farida i zabieramy się do restauracji zjeść tradycyjne irańskie danie gime oraz kebab. Już wieczorem jedziemy śmiesznie tanimi taksówkami do parku na obrzeżach miasta. Spacerujemy wokół sztuczego jeziora, wspinamy się na pagórek i Farid funduje nam hubble-bubble, czyli po naszemu sziszę. Rozmawiamy i próbujemy sobie robić zdjęcia z dymem, który po chwili tak nas otumania, że lekko kręci się nam w głowach i jest nam zimno. Wracamy taksówką do domu. Jeszcze tylko obowiązkowa herbatka i możemy spać.

Dziennik – 15 października 2012

Budzimy się w namiocie, szczęśliwi, że udało nam się wyspać tej nocy. Jesteśmy na stacji benzynowej przy granicy armeńsko-irańskiej. Po chwili uruchamia się pompa do gazu, która wydaje głośny dźwięk. Wczoraj nasz nowy ormiański ‚brat’ obiecał, że pompę włączą tylko raz w nocy na chwilę i właśnie tak było. Myjemy się, składamy namiot, żegnamy się i idziemy w stronę granicy. Przy wolnym tempie pracy urzędników nieśpiesznie przechodzimy granicę. Jeszcze po stronie armeńskiej robimy mały zapas papieru toaletowego, gdyż czytaliśmy, że Irańczycy mają inne sposoby utrzymywania higieny na odpowiednim poziomie po wizycie w WC. Po stronie irańskiej spotykamy Mahmouda – kierowcę TIR-a, z którym wczoraj spędziliśmy prawie cały dzień. Mahmoud tłumaczy taksówkowym naganiaczom jak podróżujemy, a tamci natychmiast się od nas odczepiają – jakże inaczej niż w Tajlandii. Wymieniamy pieniądze, jemy ciastka, pijemy wodę i wychodzimy z posterunku granicznego. Wokół roztaczają się przepiękne widoki na góry, ale cykamy się cykać fotki – jesteśmy przecież w Iranie ;). Jeszcze nie zdążyliśmy dobrze wyjść z posterunku, a zaczepia nas Irańczyk i proponuje ‚podwózkę’. Upewniamy się trzy razy, że nie chce pieniędzy i jeszcze dla pewności jeden raz przy samochodzie. Nasz pierwszy autostop w Iranie podwozi nas do Jolfy, po drodze kupując nam lody. Udaje nam się trochę porozmawiać z nim w farsi dzięki elektronicznemu tłumaczowi. W Jolfie obserwujemy nieznany nam świat – kobiety chustach na głowie lub w czadorach a’la ninja. Jacyś kierowcy taksówek dosłownie siłą próbują nas zaciągnąć do ich pojazdów, ale się nie dajemy. Na wylotówkę podwozi nas chłopak z Jolfy, który okazuje się couchsurferem i sam się zatrzymał, żeby spytać czy nie potrzebujemy pomocy. Do Tabrizu docieramy na trzy raty. Najpierw dwaj chłopacy podwożą nas 20 kilometrów i chcą nas zawieźć na autobus. Nie mówią dobrze po angielsku, ale w końcu udaje nam się ich przekonać, że mogą nas zostawić na drodze. Następny jest kierowca TIR-a, który mknie 120 kilometrów na godzinę, a w najmniej oczekiwanym momencie wysadza nas w połowie drogi. Może dlatego, iż nie schowałem się przed policją. Ostatni jest kierowca ciężarówki, który wiezie nas na rogatki Tabrizu. Kontaktujemy się z Faridem z CS. Mamy polską kartę SIM i są problemy z komunikacją, ale Irańczycy okazują się pomocni i jeden pan ze sklepu BHP, który mówi po angielsku, kontaktuje się z Faridem, kreśli nam mapę i jeszcze na pożegnanie daje nam numer telefonu i przeprasza, że nie może nas przenocować. Tarof? Jedziemy autobusem do centrum, kierowca nie chcę od nas pieniędzy – nawet po potrójnym ich zaproponowaniu. W końcu udaje nam się spotkać Farida – 21-letniego studenta z Tabrizu. Idziemy do jego domu. Paulina pyta czy może zdjąć z głowy chustę – nie ma problemu. Rozmawiamy trochę, po czym my idziemy na hamburgera, a Farid na zajęcia. Spotykamy się ponownie w domu i rozmawiamy o Polsce, Iranie, hedżabie oraz dzielących nasze światy różnicach.

Iran for dummies

Iran for dummies
Irański numer rejestracyjny.

Podróż do Iranu była naszym marzeniem od niepamiętnych czasów. Zainspirowały nas filmy i książki opowiadające o tym wyjątkowym kraju. Mieliśmy w głowach pewną jego wizję i nie mogliśmy się doczekać, żeby poznać go na żywo. Po ponad dwóch tygodniach pobytu w Iranie możemy z całym przekonaniem stwierdzić, że się nie rozczarowaliśmy. Wręcz przeciwnie: z punktu widzenia turysty jest to raj na Ziemi. A czy z punktu widzenia mieszkańców? To już zupełnie inna historia.

Poniżej garść różnych informacji na temat tego wspaniałego kraju i jego jeszcze bardziej wspaniałych mieszkańców.

Pewnego razu w Armenii…

Pewnego razu w Armenii…
Arnold w roli nauczyciela

…byliśmy gośćmi na lekcji języka polskiego na State University of Yerevan. Opowiadaliśmy ormiańskim studentom uczącym się naszego języka o podróżach i Polsce oraz szerzyliśmy ideę couchsurfingu. Było to możliwe dzięki Arnoldowi, chłopakowi z Polski, który studiuje na tym uniwersytecie i który przyjął nas pod swój dach w trakcie naszego pobytu w stolicy Armenii.

… odwiedziliśmy polską ambasadę w Erywaniu. Poszliśmy tam z czystej ciekawości, gdyż nigdy nie byliśmy w żadnej polskiej placówce dyplomatycznej. Ucięliśmy sobie miłą pogawędkę z panią Andreą, znajomą Arnolda, która zajmuje się sprawami związanymi z wydarzeniami kulturalnymi.

Dzienniki gruzińskie. Część druga (ostatnia).

Dzienniki gruzińskie. Część druga (ostatnia).
Nocleg przy placu zabaw.

29 września

Znów autostop do Tbilisi, tym razem z panem wiozącym za tylnym siedzeniem mięso. W Gruzji (jak zresztą w wielu innych krajach) fakt, że powinno się je przechowywać w lodówce nie jest oczywisty, więc ledwo udaje nam się pohamować zwrot śniadania. Wysiadamy na dworcu Didube i marszrutką dojeżdżamy do Mtskhety. Zwiedzamy miasteczko i wszystkie znajdujące się w nim kościoły, a następnie błądzimy trochę wśród chaszczy w poszukiwaniu mostu, który ma nas doprowadzić do głównej drogi. Łapiemy TIR-a prowadzonego przez Datu, który bardzo by chciał nas zaprosić na szaszłyk, ale niestety do końca dnia pracuje. Często w tym kraju pada pytanie: ‚Szaszłyk chcesz?’.

Dzienniki gruzińskie. Część pierwsza.

Dzienniki gruzińskie. Część pierwsza.
Zwiedzanie Batumi.

21 września 2012

Wieczór. Przekraczamy granicę turecko-gruzińską w miejsowości Sarpi. Podchodzi do nas pan w stanie wskazującym i pyta o pochodzenie. ‚Polacy? Prezident, prezident!’ Lech Kaczyński jest dla wielu Gruzinów swego rodzaju bohaterem narodowym, o czym jeszcze nie raz będziemy mieć okazję się przekonać. Mają też oni dość jednoznaczną opinię na temat katastrofy w Smoleńsku. Tyle o polityce, bo to nas zawsze podczas podróży najmniej interesuje. Dojeżdżamy do Batumi samochodem prowadzonym przez Azera imieniem Afgan. :) Miasto tonie w kolorowych neonach. Nawet wieża na lotnisku wygląda jak świąteczna choinka. Rozbijamy namiot przy głównej promenadzie.

Jazda po gruzińsku

Jazda po gruzińsku
Rondo, a na nim krowy. Bez stresu.

Geograficznie znajduje się w Azji, politycznie w Europie. Dużo ludzi mówi tu po rosyjsku. Mentalnie jest to średnia tego wszystkiego. Natomiast sposób jazdy zdecydowanie wskazuje na Azję.

Przede wszystkim nie idzie się nudzić jadąc samochodem. Kierowcy uważnie obserwują i słuchają odgłosów drogi nakazujących im reagować natychmiastowo. Będąc w nieustannym ruchu muszą cały czas myśleć, kombinować jak ominąć korek czy jak kogoś wyprzedzić.