Obrazek nagłówka - Paulina i Artur

Paulina i Artur

Jedziemy do Cluj!

Jedziemy do Cluj!
My i nasi przyjaciele z Rumunii

Latem 2009 roku autostopowaliśmy z Polski do Bułgarii. Będąc w Rumunii mieliśmy szczęście spotkać fantastyczną parę, która nie dość, że zatrzymała swój samochód właśnie dla nas, zwieńczających „kolejkę” rozpaczliwie machających kciukami autostopowiczów, złożoną z a) księdza b) starszej pani c) nas*, to jeszcze po zaledwie kilkunastu minutach rozmowy zaproponowała nam nocleg we własnym mieszkaniu. I tym sposobem spędziliśmy z Zoltanem i Eszter (czyt. Ester) oraz ich słodziakowym kotem Tommy’m niesamowity weekend. Byli oni naszymi przewodnikami po mieście Cluj, zabrali nas ze sobą na zajęcia salsy, prowadzili z nami niekończące się rozmowy na wszystkie możliwe tematy i poczęstowali nas lokalnymi przysmakami**, w które obfitowała ich lodówka. Zostaliśmy ugoszczeni jak najbliższa rodzina i wyjeżdżaliśmy od nich bogatsi o niezapomniane przeżycia oraz czyste ubrania. Od tej pory utrzymujemy z nimi kontakt przez internet i wysyłamy do siebie kartki na Boże Narodzenie.

No to zdrówko!

Lekarz od chorób tropikalnych „zaliczony”. Już pierwsze pytanie w gabinecie: „Do jakich krajów się państwo wybieracie i ile dni macie zamiar w każdym z nich spędzić?” okazało się dla nas zbyt trudne. Na szczęście pan doktor był bardzo elastyczny i udało nam się uzyskać rzetelną poradę pomimo, iż większość naszych odpowiedzi brzmiała: „Yyyyyyy, nie wiemy.” albo „Może…” lub „To się okaże!”. Pozostaje nam tylko zrealizować receptę na lek Malarone, który, mamy taką nadzieję, nie będzie nam potrzebny. Zgodnie z zasadą, która mówi, że jak weźmiesz ze sobą parasol, to nie bedzie padać. Padać w czasie naszej wyprawy oczywiście będzie i to wcale nie dlatego, że nie bierzemy parasola. Ale z komarami walczyć będziemy na wszystkie możliwe sposoby, bo nie godzimy się na to, żeby nieproszone robiły sobie wyżerkę z naszej krwi. Tym bardziej, że zamiast nam za ten pożywny posiłek uprzejmie podziękować, mogą nam podrzucić jakieś paskudztwo. Zatem: zapas repelentu z DEET – jest! ubrania z długimi rękawami – obecne! Malarone w dawce uderzeniowej – będzie! moskitiera – tego dźwigać z PL nie będziemy, kupimy, jak zajedziemy w rejony, gdzie będzie niezbędna. Co do innych spraw związanych ze zdrowiem, to w związku z naszymi wcześniejszymi podróżami jesteśmy zaszczepieni na wszystko, na co trzeba lub warto się zaszczepić (żółta febra, WZW A, WZW B, dur brzuszny, błonica, tężec, polio, krztusiec, meningokoki A+C). Szczepienie przeciwko cholerze sobie odpuściliśmy, bo działanie tej szczepionki, jak to pan doktor ładnie ujął, jest „co najwyżej średnie”, a na wściekliznę nie ma sensu, bo i tak po ugryzieniu trzeba popylać jak najszybciej do lekarza po surowicę albo jeszcze jedną dawkę szczepionki. Apteczka oczywiście też znajdzie się w naszym plecaku, ale tylko z artukułami „must have” – nie będziemy zabierać połowy apteki. Nie jedziemy na misję Czerwonego Krzyża, więc nie ma co przesadzać. W razie czego wszystko można (prawie) wszędzie kupić, o czym przekonaliśmy się już nie raz. Poza tym podstawowa zasada w podróży brzmi „Nie lecz się sam, jak nie wiesz, co ci dolega”. Ubezpieczenie mamy wykupione, więc w razie czego z niego skorzystamy i udamy się z wizytą do fachowca. W najgorszym przypadku pozostanie lokalny znachor lub dziewczyna szamana.

P.S. Prosimy nie traktować tego wpisu jako porady medycznej, a jedynie subiektywnego opisu przygotowań do podróży w zakresie ochrony zdrowia. Pamiętaj, żeby przed wyjazdem za granicę skonsultować się z lekarzem lub farmaceutą, bo opieranie się jedynie na informacjach zawartych w internecie może zagrażać twojemu życiu lub zdrowiu.

„Niech cały świat myśli, że jesteś szalony”

„Niech cały świat myśli, że jesteś szalony”

Wczoraj w porze obiadowej raczyliśmy się popisowym daniem Pauliny, czyli sambarem z czapati. Nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego, gdyby nie fakt, że miało to pewien wydźwięk symboliczny – posiłek zgodnie podsumowaliśmy jednym zdaniem: „Następne indyjskie danie zjemy w Indiach!” I tego będziemy się trzymać, żeby mieć większą motywację w trudnych chwilach zwątpienia/zmęczenia/tęsknoty, które niewątpliwie nas czekają w trasie. W końcu kuchnia indyjska to raj dla podniebienia i sama w sobie może stanowić wystarczający powód, żeby się spakować i ruszyć tyłek w stronę Indii.

Zaczynamy!

Nie, jeszcze nie wyruszyliśmy w podróż. Za to ku uciesze tych niecierpliwców, który denerwowali się, że ociągamy się z uruchomieniem bloga, w końcu możemy to uczynić. Dopiero teraz, bo czekaliśmy, aż Artur zbierze się w sobie i zdecyduje poinformować swojego pracodawcę, że odchodzi z firmy. Zatem nie ma już odwrotu. Cały świat wie i wycofać się teraz zwyczajnie nie wypada.

Jak mawiał klasyk: „Mamusię oszukasz, tatusia oszukasz, ale życia nie oszukasz”. Dlatego basta! Koniec z kuglarstwem. Lekko znudzeni korporacyjną egzystencją i obowiązkami gospodyni domowej, pragniemy zrealizować nasze marzenie – podróż przez duże żet. Na początku sierpnia wyruszamy autostopem z Bydgoszczy w kierunku Ukrainy, a dalej historia sama się napisze. My tylko będziemy jej fragmenty publikować na blogu, a do dnia wyjazdu zamieszczać relacje z przygotowań. Miło nam będzie, jeśli staniecie się częścią naszej podróży, przeżywając ją razem z nami – ten blog ma Wam to ułatwić. A pewnego dnia, kto wie, może spotkamy się gdzieś na tym wielkim świecie?