U Mickiewicza i u Radziwiłłów

U Mickiewicza i u Radziwiłłów

Nowogródek i Mir

Jeszcze dalej na wschód znajduje się miasteczko, w którym mieszkał Adam Mickiewicz. Nowogródek leży na terenie Białorusi, wieszcz pisał „Litwo, ojczyzno moja”, a sam był Polakiem. I bądź tu człowieku mądry. Nieopodal wyrasta zamek w Mirze. Niegdyś całą okolicą władał ród Radziwiłłów, aż granice państwa przesunęły się na zachód.

Nasze żołądki jeszcze nie przyzwyczaiły się do tak obfitego śniadania, więc kiedy na stole zostaje dużo jedzenia to tata Ilii mówi, że nas nie wypuści dopóki nie zjemy wszystkiego. Odpowiadam, że musielibyśmy zostać tu tydzień, co bardzo go rozbawia. Żegnamy się i wyjeżdżamy na rogatki miasta. Po drodze oglądamy jeszcze Kurhan Sławy usypany z ziemi przywiezionej z sześciu miast białoruskich. Wokół znajdują się odnowione: samolot, czołgi i działka pamiętające czasy Armii Czerwonej. Łapiemy stopa, z tabliczką, bez tabliczki, raz Paulina wystawia kciuk, raz ja, raz oboje. Nic nie działa. Po 45 minutach idziemy na pobliską stację benzynową i okazuje się, że pierwszy zapytany człowiek jedzie przez Nowogródek do Moskwy i nas zabierze. Przez większość czasu jedziemy szeroką, dwujezdniową dwupasmówką, która potem zamienia się w jednopasmową drogę jednojezdniową. Jednak większość kierowców i tak jedzie cały czas poboczem, ułatwiając wyprzedzanie innym. Po dwóch godzinach docieramy do celu i od razu idziemy do lokalnej stołówki, gdzie akurat trwa stypa. Jedna z uczestniczek śpiewa żałobne piosenki, przy akompaniamencie których wciągam mielonego kotleta. Zwiedzamy cerkiew, kościół katolicki i przechodzimy nawet obok drewniananego meczetu, a potem zaglądamy do kościoła, w którym ochrzczony został Mickiewicz i w którym Władysław Jagiełło brał ślub nim poznał Jadwigę. Zwiedzanie kończymy popijając kwas przy ruinach zamku. Ostała się tutaj tylko jedna wieża i to nie w całości, a drugą, także niekompletną dobudowano z nowych cegieł. Wygląda to co najmniej dziwnie. Jeśli chodzi o renowacje zabytków to Białoruś ma czasem niedorzeczne pomysły. Idziemy na rogatki miasta do naszego gospodarza Dimitija. Poznajemy cała rodzinkę, sam Dimitrij świetnie mówi po polsku, więc dowiadujemy się dużo interesujących rzeczy o pracy w tym kraju, o tym jak teraz ciężko jest żyć z przemytu, gdyż rząd ostatnio wprowadził takie obostrzenia, że praktycznie to się nie opłaca. Co ciekawe na Białorusi osoba, która nie pracuje musi płacić dodatkowy podatek, który jest całkiem spory jak na warunki lokalne. Nazywa się to prawem o tuniejadźctwie. Przy kolacji opróżniamy 500 gram wódki Swojak i idziemy spać.
Wstajemy dość wcześnie, gdyż Dimitrij obiecał nam załatwić transport do Miru.

Stoimy przed bramą zakładu przetwórstwa rybnego i na zimnie obserwujemy ludzi idących do pracy. Jakaś pani skubie słonecznik, ktoś pali fajka, jakieś młodziaki bawią się smartfonem. W końcu z bramy wyjeżdża kierowca i po chwili siedzimy w ciepłym dostawczaku. Mimo iż rozmowa się nie klei z racji wczesnej pory to miły Sasza wysadza nas przed zamkiem, wcześniej pokazując wszystkie atrakcje miasta. Do otwarcia jeszcze godzina, więc idziemy na kawę. Gdy bramy się otwierają, wchodzimy do zamku. Jest dość sporo ludzi, widzimy nawet wycieczkę Japończyków, którzy zapełniają pamięć swoich smartfonów z szybkością karabinu maszynowego. Zamek nie jest może jakiś spektakularny, nie jest też beznadziejny. Po prostu jest ok. Co najmniej połowa eksponatów to rekonstrukcje, a na wielu ścianach wiszą wydruki cyfrowe obrazów imitujące oryginały. Podoba mi się bardzo zbroja husarii, ale gdy okazuje się, że to rekonstrukcja, emocje trochę opadają. Wychodzimy z głównej części muzeum i wchodzimy na wieże, gdzie trzeba się wdrapywać wąskimi schodkami. Trochę nam się to nudzi, więc idziemy na główny plac gdzie raczymy się sokiem brzozowym i kwasem chlebowym. W małym sklepiku jesteśmy świadkiem sytuacji jak Izraelczyk próbuje kupować wodę płacąc euroszeklami. Ekspedientka i turysta nie mogą się dogadać, więc robię za tłumacza. Wszystko już widzieliśmy, więc idziemy na obrzeża miasta łapać stopa. Najpierw pytamy się na stacji, a potem wychodzimy na drogę i po dwóch stopach lądujemy na obwodnicy Nowogródka. Bez sukcesy próbujemy łapać stąd okazję do centrum, które oddalone jest, bagatela, pięć kilometrów. Głodni, zmęczeni, niedopieszczeni przez pogodę idziemy z buta. Po chwili mija nas busik na polskich blachach, a następnie zatrzymuje się na stacji. Od razu podbiegamy i okazuje się, że w środku siedzi polska wycieczka, która zgadza zabrać się nas do centrum. Idziemy szybko coś zjeść, a potem na deser wciągamy syrok czyli batonik twarogowy w czekoladzie – pycha. Chcemy jeszcze zobaczyć muzeum Adama Mickiewicza, które zamykają za pół godziny. Oglądamy wystawy, ale czujemy niezłą presję, a na 10 minut przed zamknięciem światła w pokojach są pogaszone. Robi się późno, więc wracamy do domu Dimitrija. Gospodarza nie ma w domu, więc odpoczywamy i rozmawiamy trochę z jego żoną. Po kolacji jeszcze radzimy się co tu zobaczyć na Białorusi, a potem idziemy spać.

Z zawodu programista, z zamiłowania birofil i piwowar domowy, rocznik ’84. O piłce nożnej wie wszystko i wszędzie. Fan Realu Madryt, obudzony w środku nocy potrafi wymienić zawodników „Królewskich” według wzrostu lub rozmiaru buta. Trudno w to uwierzyć, ale jest miłośnikiem filmów z Adamem Sandlerem. Uwielbia jajka (kurze) w każdej postaci, nie może obejść się bez wygodnych spodni i opaski na oczy do spania. Chwile przed zaśnięciem spędza z książką w ręku, zdarza mu się również czytać w kąpieli. Dowcipas, wygłupas, wiecznie młody duchem optymista. Typ poleceniowca, człowiek „last minute” – co ma zrobić późno, zrobi jeszcze później. Obdarowany niespotykanym talentem do gniecenia, plamienia i darcia ubrań. W opinii Pauliny mężczyzna prawie idealny. Podróże są dla niego solą życia, eksplorowanie nieznanego przyprawia go o gęsią skórkę, a o wyprawie dookoła świata marzył zanim jeszcze się urodził.

Dodaj komentarz