Obrazek nagłówka - Paulina i Artur

Archiwum kategorii

34 Artykuły

Pustynia

Pustynia
Pustynia

„Możemy jutro razem jechać na pustynię” – powiedział Abbas. Puściliśmy to zdanie mimo uszu, gdyż byliśmy pewni, że to tarof. Po trzech dniach spędzonych razem byliśmy przekonani, że potrafimy rozpoznać blef. Wróciliśmy do mapy Iranu i planowania naszej podróży. „Czy zrobiliśmy coś nie tak, że nie chcecie z nami jechać?” – wskazał na siebie i na swoją żonę. Tym razem byliśmy trochę skonfundowani. Zgodziliśmy się. W ten sposób po raz pierwszy w życiu pojechaliśmy na pustynię.

Z Teheranu wyjechaliśmy wcześnie rano, mimo to było bardzo ciepło. Po drodze zrobiliśmy przystanek na tankowanie – litr paliwa za 40 groszy – żyć, nie umierać. Następna przerwa to zatankowanie termosu wrzątkiem. Stanęliśmy przy skupisku przydrożnych sklepików. Przed każdym z nich znajdował się wielki samowar, z którego można było nalać wodę.

Shit happens, czyli wracamy

Na samym początku chciałabym przeprosić za dosadny tytuł tego posta, ale trudno mi znaleźć wyrażenie, które lepiej opisywałoby wydarzenia ostatnich dni. Można by było również powiedzieć, że miałam ‚przesrane’, lecz słowo to określa tylko jeden aspekt całej historii. Ale do rzeczy.

Takie tam w szpitalu

Takie tam w szpitalu

Po zwiedzaniu szpitala w Pune i zakończeniu kuracji antybiotykowej udaliśmy się na południe w stronę Goa na zasłużone ‚wczasy pod palmą’. Po drodze zwiedziliśmy Kolhapur i po dwóch dniach od wyjazdu znaleźliśmy się w stolicy Goa, Panjim (lub Panaji – jak kto woli). Niestety nie było nam dane nacieszyć się tym rajskim regionem. Już drugiego wieczoru zostałam rozpalona do czerwoności i to wcale nie przez Artura, a grasujące w moim organizmie mikroby. Do tego dołączyła odrzutowa biegunka i inne objawy, więc, biorąc pod uwagę długą listę chorób tropikalnych, udaliśmy się do pobliskiego szpitala. Podczas pobytu w nim wielokrotnie poprawiałam ustanowiony przez siebie rekord w biegu na 20 metrów do toalety z przeszkodami. Mimo przeprowadzenia wielu badań nie udało się do końca ustalić, co mi tak naprawdę dolegało i czy był to nawrót poprzedniej choroby, czy jestem po prostu dzieckiem szczęścia i dwukrotnie ktoś mi ‚sprzedał’ jakieś paskudztwo. Sprawę przekażę w ręce mojego lekarza rodzinnego. Może jemu, na podstawie dokumentacji medycznej, uda się wyjaśnić tę biologiczną zagadkę.

Mimo zachowania najwyższych środków ostrożności i ekstremalnej higieny nie udało mi się uchronić przed wszechobecnymi w Indiach zarazkami. Arturowi zdarzało się niejednokrotnie łamać ‚zasady’ i, na szczęście (odpukać!), jest cały i zdrowy. Taka ironia losu. Jakby tego było mało, podczas badań lekarskich okazało się, że cierpię na przypadłość, którą należy skonsultować z lekarzem i najprawdopodobniej zająć się jej usunięciem. Mając na względzie warunki ubezpieczenia oraz te panujące w indyjskich szpitalach postanowiliśmy powrócić do ojczyzny. Poza tym nie wiem, co by powiedziała na to moja wątroba, gdybym jeszcze raz w tak krótkim czasie nakarmiła ją sutą porcją antybiotyków i innych lekarstw z długą listą skutków ubocznych. W końcu ‚szlachetne zdrowie’ jest najważniejsze, a gdy się zepsuje, to i najlepsza podróż nie ‚smakuje’ dobrze.

Nie ma jednak tego złego, co by na dobre nie wyszło. W tym roku pobiliśmy wszystkich, w tym tak zasłużone postacie jak Gwiazdor, Święty Mikołaj, Dziadek Mróz i inni, robiąc naszym rodzinom najlepszy z możliwych prezent gwiazdkowy.

Po ponad czterech miesiącach podróży jesteśmy z powrotem w domu, ale z blogiem się nie rozstajemy, gdyż:

  • mamy jeszcze wiele materiałów, których nie mieliśmy do tej pory okazji opublikować,
  • to jeszcze nie koniec naszej podróżniczej historii…

Mumbaj, czyli „one photo please”, krykiet i banany

Mumbaj, czyli „one photo please”, krykiet i banany
Pranie suszy się na linkach dodając całości kolorytu.

Mumbai – miasto, w którym 55% ludzi żyje w slumsach. Miasto, gdzie wasze ciało dostaje lewatywę składającą się z nieustannego hałasu, szalonego ruchu ulicznego, przesycenia ludźmi, pysznego jadła, mnóstwa kolorów, wielkiej różnorodności i niespodziewanych zdarzeń.

Bieda

Pierwsze, co w nas uderzyło, zdarzyło się już przy samym lądowaniu. Zaraz przy płocie ogradzającym teren lotniska ujrzeliśmy połacie nieuporządkowanych budowli przypominających domy. W tym zlepku szmat, śmieci i blachy falistej dało ujrzeć się ludzi. Są zmuszeni do życia w warunkach, w których nikt inny nie chciałby żyć. Są zmuszeni do życia w miejscu, gdzie samoloty lądują z częstotliwością jeden na pięć/dziesięć minut. Zmierzch wyznacza początek pory na sen. Wracamy do domu. Na chodniku spotykamy śpiącego psa, a dziesięć metrów dalej leży człowiek – patrzy na gwiazdy i mamrocze coś nieskładnie.

Ach te Indie!

Ach te Indie!
Ramkund

Pobyt w Bombaju będziemy wspominać bardzo miło z wielu powodów, jednak nasza przygoda z Indiami tak naprawdę na dobre rozpoczęła się wraz z jego opuszczeniem. A to wszystko za sprawą magicznej mocy autostopowania i nieprzewidywalności zdarzeń, które następują po wyciągnięciu ręki w kierunku jezdni.
Ale zanim przejdę do rzeczy, kilka obserwacji dotyczących przemieszczania się autostopem po Indiach (dane do dnia 23.11.12 – nasza opinia może jeszcze ulec zmianie). Indyjskie drogi można podsumować jednym stwierdzeniem: ‚Dobrze, że są’. Ich stan pozostawia wiele do życzenia, oznakowanie delikatnie mówiąc jest nieprzejrzyste, a ograniczenie prędkości do 60km/h na płatnej ‚autostradzie’ może wydawać się nieco abstrakcyjne. Nam wydało się być zbędne, bo ruch na drogach często jest tak ‚gęsty’ i chaotyczny, że pojazdy i tak rzadko są w stanie jechać szybciej. Uczestnikami ruchu w ciągu dnia są głównie wlokące się, przeładowane ciężarówki marki tata, motocykle i skutery prowadzone przez kierowców niestosujących się do zasad ruchu drogowego, moto-riksze, wozy zaprzężone w bawoły zajmujące cały pas, święte(?) krowy, tłumy pielgrzymów blokujących ruch i inni. Chociaż musimy przyznać, że trasa Aurangabad – Pune bardzo pozytywnie nas zaskoczyła. Może dlatego, że jechaliśmy późnym wieczorem i ruch na drodze był znośny. Co do samej idei autostopowania,

Iran praktycznie

Iran praktycznie

Zebraliśmy trochę informacji praktycznych dla osób wybierających się do Iranu.

Pieniądze

Z powodu sankcji w Iranie nie działają zagraniczne karty bankomatowe. Zatem jedyną możliwością kupna riali jest przywiezienie twardej waluty – dolarów, euro, funtów. Z naszej obserwacji wynika, że najlepiej zabrać dolary i to te z dużymi głowami. Nie ma też specjalnych preferencji związanych z nominałami. Udało się nam również zrobić taką akcję, że mając banknot 50-dolarowy wymieniliśmy 5 dolarów na riale, a resztę dostaliśmy w dolarach. Trzeba wiedzieć, że dla każdej waluty w Iranie są dwa kursy – oficjalny i nieoficjalny. Jeżeli chcemy kupić riale to nieoficjalny jest o wiele korzystniejszy, a sama wymiana o wiele szybsza. Pieniądze można wymienić w każdym większym mieście. W wymianach specjalizują się sklepy z szyldem ‚exchange’. Nierzadko można również wymienić walutę w sklepach przy bazarze. Trzeba popytać ludzi, aby znaleźć odpowiednie miejsce. Jeżeli wjeżdżacie do Iranu od strony Turcji bądź Armenii to najpewniej zatrzymacie się w Tabrizie. Nasser z informacji turystycznej pomoże wymienić pieniądze w pobliskim sklepie z książkami. Całość jest totalnie bezpieczna. Informacja turystyczna znajduje się przy bazarze, a sam Nasser jest skarbnicą wiedzy o Iranie. W Teheranie znajduje się mnóstwo kantorów przy ulicy Ferdosi. Dodatkowo każdy z nich ma tablicę z kursami kupna i sprzedaży, więc można łatwo się zorientować, ile powinno się dostać pieniędzy. Na granicy armeńsko-irańskiej w Megri znajduje się również kantor, który ma nieoficjalne kursy. Są one wypisane na tablicy. W tym miejscu oprócz trzech wspomnianych walut można wymienić również armeńskie dramy. Na lotnisku w Teheranie pieniądze po korzystnym kursie można wymienić przy hali z bramkami.

Namiot? Nie ma mowy!

Namiot? Nie ma mowy!
Mohammed i spółka

Żeby spędzić noc w namiocie na terytorium państwa o wdzięcznej nazwie Islamska Republika Iranu trzeba wyjechać na pustynię. Tylko w tak nieprzyjaznym dla życia środowisku istnieje szansa, że nie spotkamy nikogo, kto udaremni nasz plan zanocowania ‚pod chmurką’ przemocą zaciągając nas do swojego domu. Jesteśmy przekonani, że gdyby irański wielbłąd miał swoje M3, to nie mielibyśmy szans nawet na piaszczystym bezludziu. Nam trudna sztuka rozstawienia namiotu w Iranie udała się tylko raz, w Maranjob, właśnie podczas wyprawy na pustynię. W innych miejscach niestety polegliśmy. Irańska gościnność, uczynność i pozostawanie w stanie gotowości do pomocy 24 godziny na dobę jest trudna do opisania. Żeby zrozumieć ten fenomen, trzeba go doświadczyć na własnej skórze. Mamy jednak nadzieję, że poniższe zapiski chociaż trochę przybliżą Wam nasze przeżycia. Jest to oczywiście tylko kropla w morzu irańskiej życzliwości.

W żadnym kraju nie poznaliśmy bliżej tylu osób, co w Iranie. Oto galeria ‚zasłużonych’. W rolach głównych Ci wspaniali Irańczycy, których postacie udało nam się uwiecznić na zdjęciach. Wszystkim za wszystko, co dla nas zrobili bardzo dziękujemy!

Dziennik – 19 października 2012

Jemy śniadanie wspólnie z Hamidem i Zohre, a potem jedziemy do pobliskiego Soltanieh, gdzie znajduje się wielki, ponad 800-letni meczet. Wchodzimy do środka i budynek naprawdę robi wrażenie, szkoda tylko, że wnętrze pokrywają rusztowania, gdyż trwają właśnie prace renowacyjne. Można za to wejść na górę i podziwiać misterne wzory na ścianach i sufitach. Na zewnątrz rozpościera się oszałamiający widok na okolicę. Po zwiedzaniu znajdujemy miejsce na piknik i pałaszujemy uprzednio przygotowany posiłek. Kanapki popijamy piwem bezalkoholowym o smaku brzoskwini – smakuje trochę jak średnio udany sok. Po wszystkim Hamid wywozi nas na autostradę. Próbujemy przez chwilę „łapać stopa” i nagle słyszymy trąbienie. Patrzymy, a tu z boku przystanął chłopak w naszym wieku i woła nas do samochodu. Jedzie aż do Teheranu. Masoud jest trenerem wspinaczki i uczestniczy też w mistrzostwach świata. W styczniu jedzie na zawody do Korei Południowej. Po drodze dużo rozmawiamy. Jako że droga jest długa, a on nie jadł lunchu, zaprasza nas do restauracji. Jemy kebab w wersji irańskiej, czyli po naszemu szaszłyk przykryty ryżem. Po pysznym posiłku możemy jechać dalej. Ściemnia się już, a przed Teheranem stajemy w wielkim korku. No tak, dzisiaj piątek, czyli w Iranie jednodniowy weekend i wszyscy wracają do domu. Nie ma tego złego – możemy dłużej być razem i jeszcze pogadać. Masoud zaprasza nas do siebie do domu. Uprzejmie odmawiamy, gdyż umówiliśmy się już z Abbasem z CS. W końcu docieramy do Teheranu i odbiera nas samochodem przyjaciel Abbasa – Reza. Masoud prosi nas o wysłanie mu sms-a gdy dojedziemy i odjeżdża dopiero, kiedy my odjeżdżamy. Abbas czeka na nas wraz z żoną Zahrą. Kiedy Reza wstaje i chce wyjść, Abbas zatrzymuje go metodą „jebs na fotel”. Taka irańska gościnność. Pijemy herbatę i rozmawiamy, a Zahra przygotowuje na kolację gorme. Kiedy Reza w końcu wychodzi i zarzeka się, że nie chce jeść, dostaje danie na wynos. Rozmawiamy do północy i planujemy, co dalej zobaczyć w Iranie. Abbas wraz z żoną odstępują nam swoją sypialnię, a sami idą spać gdzie indziej.