Obrazek nagłówka - Paulina i Artur

Archiwum kategorii

17 Artykułów

Ale Kołomyja!

Ale Kołomyja!

Ktoś, po przeczytaniu tytułu tego posta, mógłby mnie zganić za błąd ortograficzny. Tym mniej zorientowanym w geografii od razu spieszę z wyjaśnieniem, że Kołomyja to nazwa miasta na Ukrainie, a także jednej z polskich wsi, a nie tylko rzeczownik oznaczający zamieszanie, zamęt. W związku z tym wielka litera K w tytule ma jak najbardziej rację bytu. No dobrze, ale gdzie Rzym, a gdzie Krym, czyli co to ma wspólnego z Finlandią? Ano trochę ma. Bo to właśnie w ubiegłą niedzielę Artur wykrzyknął: „Ale Kołomyja!”, gdy w strugach deszczu próbowaliśmy złapać autostop z Savonlinny do Juvy. No tak, to nadal niczego nie wyjaśnia. Otóż Kołomyja kojarzy nam się i już zawsze będzie się nam kojarzyć z wyjątkowo paskudnym autostopowym dniem na Ukrainie, kiedy to od rana do wieczora ktoś bez przerwy lał na nas z nieba wiadrami deszcz, a my mimo to desperacko próbowaliśmy dostać się na umówiony nocleg do Kołomyi (patrz: Jeden dzień z życia autostopowicza). Powtórka z tej wątpliwej rozrywki przydarzyła nam się właśnie trzy dni temu, ale zacznijmy jednak od samego początku…

Wszystkie drogi prowadzą do lasu…

Wszystkie drogi prowadzą do lasu…

Finlandia. Większość Polaków słysząc to słowo odruchowo sięga po kieliszek, ale nie o alkoholu będzie tutaj mowa. Po kieliszek sięgnąć można, bardzo proszę, może dzięki temu łatwiej będzie przebrnąć przez mający za chwilę nastąpić słowotok. Artur już napisał co nieco na temat kraju, na którego ziemię rzuciło nas życie, teraz czas na to, żebym ja dodała swoje trzy słowa.

Każdy kraj na świecie ma coś do zaoferowania przyjezdnym, jeden mniej, drugi więcej. W przypadku Finlandii na pierwszy rzut oka trudno powiedzieć czy jest to mniej, czy więcej.

Po tygodniu w Finlandii

Po tygodniu w Finlandii

Niedawno minął tydzień od czasu, kiedy wylądowaliśmy w Finlandii. Zdążyliśmy już się zadomowić, nieco pozwiedzać, poznać królika, który mieszka pod naszym blokiem, a teraz możemy oddać się pisaniu.

Pierwszym szokiem dla nas okazał się fakt, iż w nocy wcale nie jest ciemno. Nasze organizmy całkowicie zbzikowały, nie będąc przyzwyczajone do tego, iż słońce zachodzi około 23.30, a o północy za oknem panuje względna jasność. Po kilku dniach przestawiliśmy się na tryb sowa-puchacz, tj. chodzimy spać po północy, a wstajemy później niż zwykle.