Obrazek nagłówka - Paulina i Artur

Archiwum kategorii

3 Artykuły

Shit happens, czyli wracamy

Na samym początku chciałabym przeprosić za dosadny tytuł tego posta, ale trudno mi znaleźć wyrażenie, które lepiej opisywałoby wydarzenia ostatnich dni. Można by było również powiedzieć, że miałam ‚przesrane’, lecz słowo to określa tylko jeden aspekt całej historii. Ale do rzeczy.

Takie tam w szpitalu

Takie tam w szpitalu

Po zwiedzaniu szpitala w Pune i zakończeniu kuracji antybiotykowej udaliśmy się na południe w stronę Goa na zasłużone ‚wczasy pod palmą’. Po drodze zwiedziliśmy Kolhapur i po dwóch dniach od wyjazdu znaleźliśmy się w stolicy Goa, Panjim (lub Panaji – jak kto woli). Niestety nie było nam dane nacieszyć się tym rajskim regionem. Już drugiego wieczoru zostałam rozpalona do czerwoności i to wcale nie przez Artura, a grasujące w moim organizmie mikroby. Do tego dołączyła odrzutowa biegunka i inne objawy, więc, biorąc pod uwagę długą listę chorób tropikalnych, udaliśmy się do pobliskiego szpitala. Podczas pobytu w nim wielokrotnie poprawiałam ustanowiony przez siebie rekord w biegu na 20 metrów do toalety z przeszkodami. Mimo przeprowadzenia wielu badań nie udało się do końca ustalić, co mi tak naprawdę dolegało i czy był to nawrót poprzedniej choroby, czy jestem po prostu dzieckiem szczęścia i dwukrotnie ktoś mi ‚sprzedał’ jakieś paskudztwo. Sprawę przekażę w ręce mojego lekarza rodzinnego. Może jemu, na podstawie dokumentacji medycznej, uda się wyjaśnić tę biologiczną zagadkę.

Mimo zachowania najwyższych środków ostrożności i ekstremalnej higieny nie udało mi się uchronić przed wszechobecnymi w Indiach zarazkami. Arturowi zdarzało się niejednokrotnie łamać ‚zasady’ i, na szczęście (odpukać!), jest cały i zdrowy. Taka ironia losu. Jakby tego było mało, podczas badań lekarskich okazało się, że cierpię na przypadłość, którą należy skonsultować z lekarzem i najprawdopodobniej zająć się jej usunięciem. Mając na względzie warunki ubezpieczenia oraz te panujące w indyjskich szpitalach postanowiliśmy powrócić do ojczyzny. Poza tym nie wiem, co by powiedziała na to moja wątroba, gdybym jeszcze raz w tak krótkim czasie nakarmiła ją sutą porcją antybiotyków i innych lekarstw z długą listą skutków ubocznych. W końcu ‚szlachetne zdrowie’ jest najważniejsze, a gdy się zepsuje, to i najlepsza podróż nie ‚smakuje’ dobrze.

Nie ma jednak tego złego, co by na dobre nie wyszło. W tym roku pobiliśmy wszystkich, w tym tak zasłużone postacie jak Gwiazdor, Święty Mikołaj, Dziadek Mróz i inni, robiąc naszym rodzinom najlepszy z możliwych prezent gwiazdkowy.

Po ponad czterech miesiącach podróży jesteśmy z powrotem w domu, ale z blogiem się nie rozstajemy, gdyż:

  • mamy jeszcze wiele materiałów, których nie mieliśmy do tej pory okazji opublikować,
  • to jeszcze nie koniec naszej podróżniczej historii…

Mumbaj, czyli „one photo please”, krykiet i banany

Mumbaj, czyli „one photo please”, krykiet i banany
Pranie suszy się na linkach dodając całości kolorytu.

Mumbai – miasto, w którym 55% ludzi żyje w slumsach. Miasto, gdzie wasze ciało dostaje lewatywę składającą się z nieustannego hałasu, szalonego ruchu ulicznego, przesycenia ludźmi, pysznego jadła, mnóstwa kolorów, wielkiej różnorodności i niespodziewanych zdarzeń.

Bieda

Pierwsze, co w nas uderzyło, zdarzyło się już przy samym lądowaniu. Zaraz przy płocie ogradzającym teren lotniska ujrzeliśmy połacie nieuporządkowanych budowli przypominających domy. W tym zlepku szmat, śmieci i blachy falistej dało ujrzeć się ludzi. Są zmuszeni do życia w warunkach, w których nikt inny nie chciałby żyć. Są zmuszeni do życia w miejscu, gdzie samoloty lądują z częstotliwością jeden na pięć/dziesięć minut. Zmierzch wyznacza początek pory na sen. Wracamy do domu. Na chodniku spotykamy śpiącego psa, a dziesięć metrów dalej leży człowiek – patrzy na gwiazdy i mamrocze coś nieskładnie.

Ach te Indie!

Ach te Indie!
Ramkund

Pobyt w Bombaju będziemy wspominać bardzo miło z wielu powodów, jednak nasza przygoda z Indiami tak naprawdę na dobre rozpoczęła się wraz z jego opuszczeniem. A to wszystko za sprawą magicznej mocy autostopowania i nieprzewidywalności zdarzeń, które następują po wyciągnięciu ręki w kierunku jezdni.
Ale zanim przejdę do rzeczy, kilka obserwacji dotyczących przemieszczania się autostopem po Indiach (dane do dnia 23.11.12 – nasza opinia może jeszcze ulec zmianie). Indyjskie drogi można podsumować jednym stwierdzeniem: ‚Dobrze, że są’. Ich stan pozostawia wiele do życzenia, oznakowanie delikatnie mówiąc jest nieprzejrzyste, a ograniczenie prędkości do 60km/h na płatnej ‚autostradzie’ może wydawać się nieco abstrakcyjne. Nam wydało się być zbędne, bo ruch na drogach często jest tak ‚gęsty’ i chaotyczny, że pojazdy i tak rzadko są w stanie jechać szybciej. Uczestnikami ruchu w ciągu dnia są głównie wlokące się, przeładowane ciężarówki marki tata, motocykle i skutery prowadzone przez kierowców niestosujących się do zasad ruchu drogowego, moto-riksze, wozy zaprzężone w bawoły zajmujące cały pas, święte(?) krowy, tłumy pielgrzymów blokujących ruch i inni. Chociaż musimy przyznać, że trasa Aurangabad – Pune bardzo pozytywnie nas zaskoczyła. Może dlatego, że jechaliśmy późnym wieczorem i ruch na drodze był znośny. Co do samej idei autostopowania,