Obrazek nagłówka - Paulina i Artur

Archiwum kategorii

9 Artykułów

Pustynia

Pustynia
Pustynia

„Możemy jutro razem jechać na pustynię” – powiedział Abbas. Puściliśmy to zdanie mimo uszu, gdyż byliśmy pewni, że to tarof. Po trzech dniach spędzonych razem byliśmy przekonani, że potrafimy rozpoznać blef. Wróciliśmy do mapy Iranu i planowania naszej podróży. „Czy zrobiliśmy coś nie tak, że nie chcecie z nami jechać?” – wskazał na siebie i na swoją żonę. Tym razem byliśmy trochę skonfundowani. Zgodziliśmy się. W ten sposób po raz pierwszy w życiu pojechaliśmy na pustynię.

Z Teheranu wyjechaliśmy wcześnie rano, mimo to było bardzo ciepło. Po drodze zrobiliśmy przystanek na tankowanie – litr paliwa za 40 groszy – żyć, nie umierać. Następna przerwa to zatankowanie termosu wrzątkiem. Stanęliśmy przy skupisku przydrożnych sklepików. Przed każdym z nich znajdował się wielki samowar, z którego można było nalać wodę.

Iran praktycznie

Iran praktycznie

Zebraliśmy trochę informacji praktycznych dla osób wybierających się do Iranu.

Pieniądze

Z powodu sankcji w Iranie nie działają zagraniczne karty bankomatowe. Zatem jedyną możliwością kupna riali jest przywiezienie twardej waluty – dolarów, euro, funtów. Z naszej obserwacji wynika, że najlepiej zabrać dolary i to te z dużymi głowami. Nie ma też specjalnych preferencji związanych z nominałami. Udało się nam również zrobić taką akcję, że mając banknot 50-dolarowy wymieniliśmy 5 dolarów na riale, a resztę dostaliśmy w dolarach. Trzeba wiedzieć, że dla każdej waluty w Iranie są dwa kursy – oficjalny i nieoficjalny. Jeżeli chcemy kupić riale to nieoficjalny jest o wiele korzystniejszy, a sama wymiana o wiele szybsza. Pieniądze można wymienić w każdym większym mieście. W wymianach specjalizują się sklepy z szyldem ‚exchange’. Nierzadko można również wymienić walutę w sklepach przy bazarze. Trzeba popytać ludzi, aby znaleźć odpowiednie miejsce. Jeżeli wjeżdżacie do Iranu od strony Turcji bądź Armenii to najpewniej zatrzymacie się w Tabrizie. Nasser z informacji turystycznej pomoże wymienić pieniądze w pobliskim sklepie z książkami. Całość jest totalnie bezpieczna. Informacja turystyczna znajduje się przy bazarze, a sam Nasser jest skarbnicą wiedzy o Iranie. W Teheranie znajduje się mnóstwo kantorów przy ulicy Ferdosi. Dodatkowo każdy z nich ma tablicę z kursami kupna i sprzedaży, więc można łatwo się zorientować, ile powinno się dostać pieniędzy. Na granicy armeńsko-irańskiej w Megri znajduje się również kantor, który ma nieoficjalne kursy. Są one wypisane na tablicy. W tym miejscu oprócz trzech wspomnianych walut można wymienić również armeńskie dramy. Na lotnisku w Teheranie pieniądze po korzystnym kursie można wymienić przy hali z bramkami.

Namiot? Nie ma mowy!

Namiot? Nie ma mowy!
Mohammed i spółka

Żeby spędzić noc w namiocie na terytorium państwa o wdzięcznej nazwie Islamska Republika Iranu trzeba wyjechać na pustynię. Tylko w tak nieprzyjaznym dla życia środowisku istnieje szansa, że nie spotkamy nikogo, kto udaremni nasz plan zanocowania ‚pod chmurką’ przemocą zaciągając nas do swojego domu. Jesteśmy przekonani, że gdyby irański wielbłąd miał swoje M3, to nie mielibyśmy szans nawet na piaszczystym bezludziu. Nam trudna sztuka rozstawienia namiotu w Iranie udała się tylko raz, w Maranjob, właśnie podczas wyprawy na pustynię. W innych miejscach niestety polegliśmy. Irańska gościnność, uczynność i pozostawanie w stanie gotowości do pomocy 24 godziny na dobę jest trudna do opisania. Żeby zrozumieć ten fenomen, trzeba go doświadczyć na własnej skórze. Mamy jednak nadzieję, że poniższe zapiski chociaż trochę przybliżą Wam nasze przeżycia. Jest to oczywiście tylko kropla w morzu irańskiej życzliwości.

W żadnym kraju nie poznaliśmy bliżej tylu osób, co w Iranie. Oto galeria ‚zasłużonych’. W rolach głównych Ci wspaniali Irańczycy, których postacie udało nam się uwiecznić na zdjęciach. Wszystkim za wszystko, co dla nas zrobili bardzo dziękujemy!

Dziennik – 19 października 2012

Jemy śniadanie wspólnie z Hamidem i Zohre, a potem jedziemy do pobliskiego Soltanieh, gdzie znajduje się wielki, ponad 800-letni meczet. Wchodzimy do środka i budynek naprawdę robi wrażenie, szkoda tylko, że wnętrze pokrywają rusztowania, gdyż trwają właśnie prace renowacyjne. Można za to wejść na górę i podziwiać misterne wzory na ścianach i sufitach. Na zewnątrz rozpościera się oszałamiający widok na okolicę. Po zwiedzaniu znajdujemy miejsce na piknik i pałaszujemy uprzednio przygotowany posiłek. Kanapki popijamy piwem bezalkoholowym o smaku brzoskwini – smakuje trochę jak średnio udany sok. Po wszystkim Hamid wywozi nas na autostradę. Próbujemy przez chwilę „łapać stopa” i nagle słyszymy trąbienie. Patrzymy, a tu z boku przystanął chłopak w naszym wieku i woła nas do samochodu. Jedzie aż do Teheranu. Masoud jest trenerem wspinaczki i uczestniczy też w mistrzostwach świata. W styczniu jedzie na zawody do Korei Południowej. Po drodze dużo rozmawiamy. Jako że droga jest długa, a on nie jadł lunchu, zaprasza nas do restauracji. Jemy kebab w wersji irańskiej, czyli po naszemu szaszłyk przykryty ryżem. Po pysznym posiłku możemy jechać dalej. Ściemnia się już, a przed Teheranem stajemy w wielkim korku. No tak, dzisiaj piątek, czyli w Iranie jednodniowy weekend i wszyscy wracają do domu. Nie ma tego złego – możemy dłużej być razem i jeszcze pogadać. Masoud zaprasza nas do siebie do domu. Uprzejmie odmawiamy, gdyż umówiliśmy się już z Abbasem z CS. W końcu docieramy do Teheranu i odbiera nas samochodem przyjaciel Abbasa – Reza. Masoud prosi nas o wysłanie mu sms-a gdy dojedziemy i odjeżdża dopiero, kiedy my odjeżdżamy. Abbas czeka na nas wraz z żoną Zahrą. Kiedy Reza wstaje i chce wyjść, Abbas zatrzymuje go metodą „jebs na fotel”. Taka irańska gościnność. Pijemy herbatę i rozmawiamy, a Zahra przygotowuje na kolację gorme. Kiedy Reza w końcu wychodzi i zarzeka się, że nie chce jeść, dostaje danie na wynos. Rozmawiamy do północy i planujemy, co dalej zobaczyć w Iranie. Abbas wraz z żoną odstępują nam swoją sypialnię, a sami idą spać gdzie indziej.

Dziennik – 18 października 2012

Budzimy się wyspani. Spaliśmy na podłodze, ale pod nami był miękki dywan oraz puszysta kołdra. Okazuje się, że spanie na takim posłaniu jest typowe w Iranie. Wznosimy skromny toast za 11 lat bycia razem i po małym krzątaniu jedziemy autobusem na miasto. Chcemy zjeść śniadanie, więc szukamy knajpki polecanej przez LP. Nie możemy jej znaleźć, więc wchodzimy do innej, w której przy kuchni krząta się starszy pan. W środku znajduje się pełno mężczyzn i okazuje się, że serwują tylko abguszt. Farid określił to danie jako „zupa, ale nie zupa”. To samo danie jadł Mahmoud – kierowca TIR-a, który podwiózł nas do granicy. Abguszt podawany jest w glinianym kociołku wielkości średniego słoika. W kociołku znajduje się zupa wraz z ciecierzycą, kawałkami ziemniaka, mięsa, cebuli i jakiejś zieleniny. Najpierw do miski wylewa się zupę, zostawiając w kociołku część stałą. Do zupy dodaje się mnóstwo małych kawałków lawasza – płaskiego chlebka. Kiedy zupa wsiąknie w pieczywo, potrawę można zjeść. Co do części stałej, to rozbija się ją tłuczkiem na jednolitą masę i je wraz z chlebem. Zamawiamy jeden abguszt na spółkę i po zjedzeniu go jesteśmy pełni. Idziemy zobaczyć miasto, zwiedzamy meczet oraz bazar. Wczoraj widzieliśmy jeszcze jedną ogromną świątynię, więc kierujemy się w jej stronę. Oczywiście kobiety wchodzą innym wejściem niż mężczyzni i modlą się w innym niż oni pomieszczeniu. W środku znajduje się mnóstwo ludzi. W miejscu, gdzie części przeznaczone dla obu płci łączą się, znajduje się grób potomka jednego z imamów. Jest to pomieszczenie-skrzynka, z której promieniuje zielone światło. W środku znajduje się nagrobek oraz mnóstwo porozrzucanych pieniędzy. Jakiś mężczyzna oparty o grób płacze, inny śpi obok, a jeszcze inni modlą się i całują drzwi komnaty. Idziemy jeszcze raz na bazar i kupujemy winogrona oraz zielone mandarynki. Kiedy je myjemy dzwoni Hamid, żebyśmy przyjechali do domu na obiad. Pakujemy się w autobus i z niewielkimi problemami docieramy do celu. Jemy posiłek i jedziemy na miasto zobaczyć muzea. Żona Hamida – Zohre – ma darmowe wejściówki do każdego muzeum i z tej racji nie musimy wydawać pieniędzy, żeby zobaczyć, co kryją w sobie tajemniczo wyglądające budynki. Oglądamy wystawy ceramiki, dywanów, ale najbardziej spektakularna jest mumia chłopca. Szesnastolatek pracujący w kopalnii soli został przygnieciony przez głaz i zginął. Sól doskonale zakonserwowała ciało na ponad 2000 lat. Po muzealnej ekskapadzie jedziemy w miejsce, gdzie można podziwiać miasto Zanjan z góry. Jest trochę zimno i wieje, więc robimy tylko fotki i spadamy do domu. Wybieramy zdjęcia do bloga, a potem gram z Hamidem w PS. Bilans gier to zwycięstwo, remis i dwie porażki. Po takiej rozrywce jemy kolację, rozmawiamy przy herbacie i idziemy spać.

Dziennik – 17 października 2012

Wstajemy wcześnie rano i nie budząc Farida wychodzimy do biura Nassera. Zatroskany Nasser, twierdząc, że bezpłatny autostop w jego kraju jest niemożliwy, pisze nam na kartce informacje w farsi dla kierowców, że chcemy podróżować z nimi za darmo. Idziemy razem kupić bilety do Indii – udaje się bez problemu. Właśnie zapewniliśmy sobie kilka miesięcy luzu – bez martwienia o wizy czy inne ‚czynności administracyjne’. Jest jeszcze wcześnie, więc nie chcąc budzić Farida idziemy do biura Mohammada, który na swoim profilu CS ma napisane, że jest ‚wirtualnym Polakiem’. Mohammad mimo, iż nie był w Polsce uwielbia nasz kraj, uwielbia zdjęcia zrobione przez polskich członków CS. Patrząc na fotografie znalazł nawet pewien odcień koloru zielonego, który nazwał ‚polską zielenią’. Wracamy do Farida, pakujemy się, oglądamy jeszcze dokument o problemach irańskich studentów i wyjeżdżamy na koniec miasta. Za bilet na autobus trzeba zapłacić kartą, a my jej nie mamy. Płaci za nas nieznajoma dziewczyna, a nam nie udaje jej się oddać pieniędzy. Ach ci Irańczycy. Dalej przesiadamy się na taksówkę i idziemy ‚na stopa’. Próbujemy zadzwonić do Hamida z CS, ale nie odbiera telefonu. Po chwili zatrzymuje się policjant w cywilu, pokazujemy mu kartkę i jedziemy jakieś 50 kilometrów. Policjant wysadza nas na przydrożnym posterunku i załatwia nam kolejny transport. W tirze siedzą dwaj bracia: Mohammed i Ali. Mimo bariery językowej udaje nam się trochę porozmawiać. Jedziemy z nimi 3 godziny, pokazujemy im zdjęcia z Polski, jemy melona, daktyle, ciastka, próbujemy dzwonić do Hamida. Chłopaki wysadzają nas obok posterunku przed Zanjanem. Proszą policjanta, aby załatwił nam taxi. Taksówka przyjeżdża, ale kierowca proponuje zbyt wysoką cenę. Patrzymy na mapę i widzimy, że to tylko 2,5 km do centrum, więc idziemy pieszo. Nie dane jest nam dojść, bo z drogi zabiera nas ciężarówka. Tym razem się nie dogadujemy i kierowca wysadza nas przy następnym posterunku, który jest już daleko od głównej części miasta. W końcu udaje się nam dodzwonić do Hamida i okazuje się, że odbierze nas z centrum. Bierzemy taksówkę, ustalamy cenę i jedziemy. Taksówkarz świruje coś z opłatą i jako, że nie mamy drobnych wykorzystuje sytuację i nie chce oddać reszty. Po nerwowych minutach w końcu ustępuje. Spacerujemy po mieście, idziemy zjeść hamburgera i orzechy. W końcu pojawia się Hamid i jedziemy z nim do domu. Poznajemy jego żonę Zohre, która na kolację przygotowała nam pyszne gorme. Jupi!

Dziennik – 16 października 2012

Budzimy się dość późno, bo o godzinie 10. Farid serwuje nam na śniadanie pyszny miód oraz różne konfitury z nieznanych nam owoców lub kwiatów. A wszystko wraz ze śmiesznym, płaskim chlebkiem. Wychodzimy razem, po drodze pytamy w agencji turystycznej o bilety lotnicze do Indii. Okazuje się, że cena wynosi około 100$. Idealnie się wszystko układa. Idziemy zobaczyć największy kryty bazar na świecie i mamy zamiar wejść do biura informacji turystycznej, w której pracuje Nasser ‚wymiatający’ po polsku. Gdy dochodzimy do bazaru zaczepia nas jakiś koleś i pyta czy nie potrzebujemy przewodnika. Okazuje się, że to Nasser we własnej osobie. Po krótkiej rozmowie w języku polskim zaprasza nas do swojego biura na herbatę. Przechodzimy na angielski, rozmawiamy o naszych planach i sposobie podróżowania. Ciągle jesteśmy pod wrażeniem jego znajmomości nietuzinkowych polskich słówek. Opuszczamy informację turystyczną i obiecujemy, że jeszcze się tu pojawimy. Szwędamy się trochę po bazarze, po czym idziemy zobaczyć Blue Mosque. Meczet jest dość stary i obdrapany, więc nie robi na nas zbyt wielkiego wrażenia. Postanawiamy zjeść drożdżówki, zapijając je dooghem. Kiedy tak jemy w parku, pojawia się inny couchsurfer – Mohammad i zaprasza nas do swojego biura. Umawiamy się na popołudnie i idziemy zwiedzać muzeum Azerbejdżanu. Nie za wiele w nim ciekawych eksponatów. Podoba nam się jedynie wystawa rzeźb pewnego irańskiego artysty. Jest już prawie 17, więc gnamy na spotkanie z Nasserem. Obowiązkowa herbata, nieodłączne ‚wyluzuj’ i idziemy wymienić dolary na riale na ‚czarnym rynku’. Całość operacji nadzoruje Nasser. Czekamy długo, po czym przychodzi koleś, który rozpina koszulę i zza pazuchy wyciąga około dwucentymetrowy plik banknotów. Przeliczamy pieniądze na stoisku z dresikami. Zajmuje to trochę czasu, bo jest to około 100 papierków. Wszystko się zgadza, dajemy w zamian 4 banknoty i wszyscy są zadowoleni. Cały proces musiał wyglądać trochę komicznie. Wracamy do Farida i zabieramy się do restauracji zjeść tradycyjne irańskie danie gime oraz kebab. Już wieczorem jedziemy śmiesznie tanimi taksówkami do parku na obrzeżach miasta. Spacerujemy wokół sztuczego jeziora, wspinamy się na pagórek i Farid funduje nam hubble-bubble, czyli po naszemu sziszę. Rozmawiamy i próbujemy sobie robić zdjęcia z dymem, który po chwili tak nas otumania, że lekko kręci się nam w głowach i jest nam zimno. Wracamy taksówką do domu. Jeszcze tylko obowiązkowa herbatka i możemy spać.