Park Narodowy Repovesi – dzień drugi (ostatni)

Park Narodowy Repovesi – dzień drugi (ostatni)

Wczoraj zasnęliśmy dość wcześnie, więc również wcześnie się budzimy. Rozpinamy suwak od namiotu i ukazuje nam się jezioro wraz z pomostem. W nocy trochę padało, poranek nieznacznie bije chłodem, a niebo spowijają szare chmury. Szczęśliwie się wypogadza, więc suszymy naszą pałatkę, jedząc śniadanie i popijając kawą. Jeszcze trochę napawamy się naturą korzystając z tego, iż mamy czas. Napełniamy butelkę żelazną wodą, chwytamy nasze śmieci z drzewa i wyruszamy w dalszą wędrówkę. W całym parku nie ma koszów na śmieci, więc odpadki trzeba taszczyć ze sobą. Zasada obowiązująca we wszystkich parkach narodowych w Finlandii jest bardzo prosta – weź wszystko, co przyniosłeś ze sobą i nie zostaw śladu po swojej wizycie. To i duża świadomość ekologiczna wśród ludzi sprawiają, że w wielu miejscach natura pozostaje nieskażona.

repovesi poranek

repovesi poranek słońce

Ponownie podążamy z całym ekwipunkiem, wczorajszą drogą wzdłuż jeziora. Od poprzedniego dnia nic się nie zmieniło, jeśli trasa prowadzi pod górę, to zaraz schodzi w dół – i tak parę razy. Przyzwyczailiśmy się i maszerujemy jak roboty. Ni z tego, ni z owego trwoga ogarnia nasze serca, gdyż na obrośniętym mchem głazie, jakich w parku wiele, wyleguje się wąż z podniesionym łebkiem. Nie znamy się zbytnio na gadach, więc szybko mijamy znalezisko, znajdując jednak czas na zrobienie zdjęcia. Od teraz przyglądamy się bardziej uważnie każdemu kijkowi i w razie czego trochę tupiemy. Bez większych przygód dochodzimy do bazy, Paulina robi kawę a ja rozbijam namiot, abyśmy powtórnie mogli zostawić plecak.

Wąż

Kung fu namiot

Wyruszamy na trasę wokół jeziora, tak właściwie to szlak przecina jezioro i czekają nas dwie przeprawy. Druga z nich to wiszący most, którym szliśmy pierwszego dnia, a pierwsza nosi nazwę „lisia barka”. Nie do końca wiemy, co się kryje pod tym pojęciem, ale się przekonamy. Droga prowadzi wzdłuż brzegu jeziora, czasem trochę odbija w ciemniejszy las. Najtrudniej chodzi się po korzeniach drzew, które pokrywają ścieżkę niczym żyły na ramieniu zaciskającej pięść Matki Natury. Gdy teren robi się bardziej żylasty albo podmokły, wędrujemy wąskich po deskach rozłożonych na powierzchni. Przy brzegu jeziora spotykamy kolejnego wężyka, który przestraszony mknie pionowo w górę po skałkach, po czym znika w szczelinie. Na szlaku, mijając się, prawie wszyscy się pozdrawiają. Króluje „moi” i „hei”, ale mamy tutaj duży wachlarz słów, gdyż „cześć” po fińsku można powiedzieć na kilka różnych sposobów. Oprócz Finów spotykamy dużo Rosjan i jedną rodzinę z Izraela, której głowa rodziny umie powiedzieć parę słów po polsku.

Las

Leśne żyły

Odbijamy trochę z trasy, aby zrobić sobie przerwę przed przeprawą w pobliskiej bazie. Przez dwadzieścia minut siedzimy na pomoście, chłonąc promienie słońca i gapiąc się w taflę jeziora. Napełniamy butelkę wodą – tym razem niezdatną do picia i powoli kierujemy się na barkę. Żegnają nas odgłosy kopulacji dobiegające z pobliskiego namiotu. Przechodzimy przez rzadki lasek, co rusz widzimy spalone drzewa. Z tabliczki edukacyjnej dowiadujemy się, iż w przypadku niektórych ekosystemów pożar lasu jest niezbędny, gdyż pozwala się odnowić gatunkom roślin. W końcu ukazuje się „lisia barka”. Widzimy rozpostartą pomiędzy pomostami na dwóch brzegach linę, która przyczepiona jest do niewielkiej jednostki pływającej. Aby przedostać się na drugi koniec lądu należy przeciągać linę, poruszając w ten sposób barkę. Ładujemy się, trochę trudno rozruszać całą konstrukcję, potem idzie łatwiej, ale już w połowie rany na rękach dają się we znaki. Niemniej jednak docieramy drugi brzeg. Teraz idziemy szeroką ścieżką tuż przy parkingu, przechodzimy przez wiszący most i, jako że mamy jeszcze czas, to decydujemy się podążyć najtrudniejszym szlakiem pod górę. Jestem już trochę głodny, więc po drodze podjadam jagody prosto z krzaka.

Tafla jeziora

Lisia barka

Po dość stromym podejściu, którego koniec wieńczyły schody o wysokości kilku pięter, znajdujemy się na punkcie widokowym Katajavuori. Sadowimy się na głazach i podziwiamy pocztówkowy widok – na pierwszym planie błękit jeziora, w tle zaś zielone lasy aż po horyzont. Co rusz powierzchnię wody przecina kajak albo łódź wiosłowa. Następnie udajemy się na dół do bazy gdzie zostawiliśmy namiot. Ja pakuję nasze mieszkanko do wora, a Paulina przygotowuje obiad na kuchence gazowej. Dzisiaj makaron z sosem słodko-kwaśnym. Niektórzy są ździebko skonsternowani widząc gotowanie na kuchence gazowej. Dlaczego? A dlatego, że przy każdej bazie znajduje się palenisko wraz z przyległą chatką z zapasem drewna. Całość zapewniają władze parku. Toteż przy każdym miejscu kempingowym ludzie gromadzą się wokół ognia i przygotowują mięcho. Niepodzielną władzę sprawują kiełbachy parówkowe, które nazywają się tutaj Makkara. Makkary z chlebem i ketchupem stanowią popularny rodzaj lunchu na łonie natury – Finowie wprost uwielbiają je. My zostajemy przy naszym makaronie.

Katajavuori

Budka z drewnem

Po obiedzie żegnamy się z parkiem, przechodząc po raz ostatni przez wiszący most i lądujemy na parkingu. Pojawia problem, wyzwanie, zadanie, którego od początku byliśmy świadomi. W niedzielę z parku nie odjeżdża żaden autobus, a my musimy się dostać do oddalonej o 45 kilometrów Kouvoli. Z początku badamy teren, samochodów jest mnóstwo, więc po prostu pytamy ludzi wracających z wędrówki. Z początku działamy trochę ociężale w nieśmiałym, podwórkowym stylu „ja dzwonię, ty mówisz”, no i wszyscy, których pytamy są załadowani. Niemniej jednak odmawiają z wielką życzliwością i uśmiechem. To dodaje nam odwagi. W końcu biegniemy na drugi koniec parkingu i okazuje się, że jedna para będzie jechać, ale dopiero za półtora godziny. Jest już opcja rezerwowa. Potem zagadujemy chłopaka, który właśnie przyjechał od strony jeziora z kajakiem. Nie widzi problemu i zgadza się nas zabrać. Okazuje się, że jedzie jeszcze dziewczyna i że to ich wczoraj obserwowaliśmy jak się wspinali na Olhavanvuori. Sukces! Co prawda para jedzie do samych Helsinek, ale my wysiadamy w Kouvoli, aby zobaczyć miasteczko. Pierwsze co robimy to z namaszczeniem wyrzucamy, aromatyczne już, śmieci do kosza. Towarzyszyły nam prawie dwa dni, a teraz nadchodzi czas rozstania. Odpady lądują w koszu. Widzimy niewiele, bo od razu udajemy się do supermarketu robiąc przy okazji małą wałówę. Lokujemy się w parku leżąc na karimacie, rozkoszując się słońcem, popijając colę słodzoną stewią i próbując ustalić co to za dziwny pomnik znajduje się przed nami. Na dzisiaj pozostaje tylko założyć buty, dojść na przystanek autobusu i udać się z powrotem do domu.

Buty

Z zawodu programista, z zamiłowania birofil i piwowar domowy, rocznik ’84. O piłce nożnej wie wszystko i wszędzie. Fan Realu Madryt, obudzony w środku nocy potrafi wymienić zawodników „Królewskich” według wzrostu lub rozmiaru buta. Trudno w to uwierzyć, ale jest miłośnikiem filmów z Adamem Sandlerem. Uwielbia jajka (kurze) w każdej postaci, nie może obejść się bez wygodnych spodni i opaski na oczy do spania. Chwile przed zaśnięciem spędza z książką w ręku, zdarza mu się również czytać w kąpieli. Dowcipas, wygłupas, wiecznie młody duchem optymista. Typ poleceniowca, człowiek „last minute” – co ma zrobić późno, zrobi jeszcze później. Obdarowany niespotykanym talentem do gniecenia, plamienia i darcia ubrań. W opinii Pauliny mężczyzna prawie idealny. Podróże są dla niego solą życia, eksplorowanie nieznanego przyprawia go o gęsią skórkę, a o wyprawie dookoła świata marzył zanim jeszcze się urodził.

Dodaj komentarz