Pożegnanie z Laponią

Pożegnanie z Laponią

Mijamy bramkę, wychodzimy na białą płytę lotniska i idziemy do samolotu, którego opóźnienie tym razem nie przekracza godziny. Unosimy się w powietrze i obserwujemy tak dobrze znany nam krajobraz z odrębnej perspektywy. Wraz z wysokością pejzaż znika w puszystych chmurach i Laponia staje się echem przeszłości. Wyraźnym jeszcze, ale jednak już wspomnieniem…

Jeżeli chodzi o szerokość geograficzną, to na luzaku minęliśmy Islandię, a także prawie całą Kanadę i Alaskę. Spodziewaliśmy się niższych temperatur w takim klimacie, ale pogoda nas przyjemnie zaskoczyła. Zwykle zachmurzone niebo blokowało ciepło próbujące się wydostać w atmosferę i słupek termometru wskazywał jedynie kilka kresek poniżej zera. Wspinaczka jedynego słonecznego dnia podczas naszej podróży spowodowała, iż w naszym mózgu zapisały się niezwykle żywe obrazy. A czysty firmament wieczorem umożliwił nam zobaczenie bardzo bladej zorzy polarnej. Wszystkie foldery zapraszające w te rejony świata aż biją po oczach tym zjawiskiem i zapewniają turystów, że nie ma szans, aby nie zobaczyć kolorowych fal na nieboskłonie. Nie jest to jednak takie trywialne zadanie i faktycznie trzeba na zorzę polować, gdyż nieraz trwa 15 minut, a nieraz tylko kilka chwil.

Zażyliśmy bardzo dużo aktywności fizycznej. Wędrowaliśmy w rakietach śnieżnych, biegaliśmy na nartach, jeździliśmy skuterem po zamarzniętej rzece i czytaliśmy większość opisów na wystawach w muzeach. Osobiście najbardziej przeżyłem jazdę skuterem z Benem. Jestem pewien, że do końca życia zapamiętam wjazd na górkę, trudność utrzymania się na ścieżce, wszechobecną szarugę i pojedyncze drzewa widoczne tylko w świetle reflektorów. Surowo, subtelnie i pięknie. Drugim wyrytym wspomnieniem będzie przechadzka w rakietach śnieżnych w Parku Narodowym Urho Kekkosen. Wtedy to spokojny spacerek wytyczoną ścieżką lasem zamienił się w wietrzne wejście na Lisakkipää. Mimo iż to tylko 454 metry n.p.m. to czuliśmy się jak prawdziwi zdobywcy. A gdy schodziliśmy – cacy widok!

Nie byłoby tych wszystkich przeżyć bez ludzi, u których mieliśmy okazje gościć. Jest coś w stwierdzeniu, że Finowie są cisi, nieśmiali, ale jak cię dopuszczą do siebie, to potrafią cię zaskoczyć otwartością i szczerą gościnnością. I właśnie Finowie działający na CouchSurfingu pozwalają ominąć ten początkowy, oblepiony chłodnym śniegiem żywopłot. Barierę, którą trudno przerwać i barierę, która wymaga dużo cierpliwości. W każdym z czterech domów czuliśmy się jak u siebie, każdego z domowników traktujemy jak dobrych kumpli i szczerze nie możemy się doczekać aż spotkamy się ponownie.

Ostatniego dnia wstajemy jeszcze otępieni wczorajszą jazdą i udajemy się na krótką przechadzkę po zamarzniętej rzece. Pożyczam biegówki od Jespera, aby jeszcze urwać dla siebie ostatni owoc z drzewa zimowych szaleństw. Żadne z nas nie ma już paliwa, więc szybko kończymy spacer i udajemy się na lotnisko. Po drodze spotykamy jeszcze renifera, który zabłądziwszy, szuka paśnika w miasteczku. Ot takie zakończenie naszego pobytu.

luosto

samochod-pod-sniegiem

Z zawodu programista, z zamiłowania birofil i piwowar domowy, rocznik ’84. O piłce nożnej wie wszystko i wszędzie. Fan Realu Madryt, obudzony w środku nocy potrafi wymienić zawodników „Królewskich” według wzrostu lub rozmiaru buta. Trudno w to uwierzyć, ale jest miłośnikiem filmów z Adamem Sandlerem. Uwielbia jajka (kurze) w każdej postaci, nie może obejść się bez wygodnych spodni i opaski na oczy do spania. Chwile przed zaśnięciem spędza z książką w ręku, zdarza mu się również czytać w kąpieli. Dowcipas, wygłupas, wiecznie młody duchem optymista. Typ poleceniowca, człowiek „last minute” – co ma zrobić późno, zrobi jeszcze później. Obdarowany niespotykanym talentem do gniecenia, plamienia i darcia ubrań. W opinii Pauliny mężczyzna prawie idealny. Podróże są dla niego solą życia, eksplorowanie nieznanego przyprawia go o gęsią skórkę, a o wyprawie dookoła świata marzył zanim jeszcze się urodził.

Dodaj komentarz