Sobota w Nuuksio

Sobota w Nuuksio

W ubiegłą sobotę wybraliśmy się na łono natury, do Parku Narodowego Nuuksio. Byliśmy tam już dwukrotnie latem: raz sami, raz w towarzystwie Artura brata – Mateusza, ale chcieliśmy zobaczyć to miejsce również w zimowej odsłonie. Był to ostatni dzwonek, gdyż za tydzień idziemy ze znajomymi Polakami topić Marzannę mając nadzieję, że to spowoduje rychłe nadejście wiosny w Finlandii (szanse na to są marne, ale kto nie próbuje, ten nie ma).


W tym celu zmusiliśmy się do dość wczesnego jak na sobotę wstania z łóżka, gdyż do pokonania kilkoma autobusami było sporo ponad 20 km. Z brzuchami pełnymi musli i kawy oraz plecakiem pełnym prowiantu ruszyliśmy ku przygodzie, która dość mocno odwlekła się w czasie, gdyż do tej pory niezawodna fińska komunikacja miejska spłatała nam figla i spóźniliśmy się „aż” 2 minuty na przesiadkę. Z racji tego, że kolejny autobus jadący do parku miał odjechać dopiero za godzinę, a my mieliśmy do zrobienia sprawunki w pobliskiej Ikei (w postaci zielonego termosu na kawę), nie zmarnowaliśmy wolnego czasu, którym hojnie obdarzył nas los i załatwiliśmy co trzeba. Z godzinnym opóźnieniem, które równoznaczne było z bezcelowością wczesnej pobudki, dotarliśmy w końcu do Nuuksio ostro załadowanym autobusem. Piękna pogoda tego dnia zachęciła wiele osób do poobcowania z przyrodą.

Na początek wybraliśmy krótką i łatwą trasę prowadzącą do punktu widokowego. Po drodze co chwilę słyszałam okrzyki zachwytu Artura nad otaczającą nas przyrodą. Faktycznie: słońce, soczysta zieleń drzew iglastych i dogorywający już, ale nadal śnieżnobiały (no bo jakże by inaczej?) śnieg tworzyły bajeczny krajobraz. Po dotarciu do punktu widokowego „strzeliliśmy” sobie fotkę na skałkach i ruszyliśmy w drogę powrotną do Haltii, czyli czegoś rodzaju centrum przyrody fińskiej. Normalnie byśmy tam nie weszli, gdyż raczej omijamy muzea, ale jakiś czas temu sprawiliśmy sobie kartę muzealną, która upoważnia nas do wstępu do 200 fińskich muzeów. Było to pomysł na zagospodarowanie zimowych, chłodnych dni. Haltia, mimo rewelacyjnych opinii na tripadwajsorze i innych tego typu serwisach, nie zachywciła nas. No by czy jest jakikolwiek sens tworzenia wystaw, galerii i instalacji przedstawiających przyrodę, która w wersji live znajduje się tuż za oknem? Nawet wieża widokowa nie dała rady nas przekonać, gdyż zasadniczą częścią owego widoku był… dach budynku Haltii. Wyszliśmy zatem z „muzeum” najszybciej jak się dało i udaliśmy na znany już nam szlak prowadzący do Haukkalampi, czyli swego rodzaju bazy w środku Parku.

Hej, ho, hej, ho, dobrze nam się szło. Po drodze wspinaliśmy się dwukrotnie po nieodśnieżonych schodach, zrobiliśmy sobie przerwę nad jeziorem siedząc na pomoście z nogami opartymi o lód oraz przeszliśmy na skróty po zamarzniętym jeziorze. Po dotarciu na miejsce odpoczęliśmy chwilę w drewnianej chatce pełniącej funkcję samoobsługowej informacji i schroniska, a następnie udaliśmy się na spacer po okolicy wykorzystując możliwość pochodzenia po lodowej tafli jeziora i podziwiania znanych już nam widoków z innej perspektywy i w innych kolorach. Zimą wszystko wyglądało zupełnie inaczej, więc czuliśmy się trochę tak, jakbyśmy byli w zupełnie innym niż wcześniej miejscu. Nieco już podmęczeni postanowiliśmy udać się na autobus, czyli pokonać szosą kolejne półtora kilometra, tym razem drogą nieubłaganie pnąca się pod górę. Łącznie tego dnia pokonaliśmy około 10 km, czyli niewiele. Jednak biorąc pod uwagę, że szliśmy po śniegu, zmęczyliśmy się wystarczająco. Powrót do domu odbył się bez żadnych niespodzianek i już wkrótce jedliśmy w domu ciepłą obiadokolację. Do tej pory byliśmy w czterech parkach narodowych w Finlandii, ale Nuuksio chyba zawsze będziemy darzyć szczególnym sentymentem. Może z racji tego, że od niego zaczęła się nasza przygoda z dziewiczą, nieskalaną ludzką ręką fińską przyrodą.

Nauczycielka matematyki z zawodu i powołania, rocznik ’85. Zapalona kawoszka, kociara, pedantka, miłośniczka słowa drukowanego i kuchni indyjskiej. W 95,(9)% wegetarianka i stuprocentowa abstynentka. Uwielbia gotować i zgłębiać tajniki języka hiszpańskiego. Nie potrafi usiedzieć długo w jednym miejscu, uhonorowana przez uczniów tytułem „Człowieka ciągle w ruchu”. To, kim teraz jest w dużej mierze zawdzięcza podróżom, które wywróciły jej światopogląd, wyznawane wartości i sposób myślenia o 180 stopni. Słowo podróż jest dla niej synonimem wolności, a czas trwania każdej sekundy „w trasie” odczuwa jak pomnożony razy sześć. W przyszłości chętnie poprowadziłaby własny guesthouse, z Arturem i, jak los da, dwójką wspólnych bliźniąt u boku.

Dodaj komentarz