Zielone Wyspy Alandzkie

Zielone Wyspy Alandzkie

Odkąd wylądowaliśmy w Finlandii i zaczęliśmy planować eksplorację tego kraju to od razu pomyślałem, że musimy wybrać się na Alandy. Wyspy zawsze przyciągają moją uwagę, jest w nich coś magnetyzującego, coś co nakazuje „wewnętrznemu ja” pojechać tam i zobaczyć co się tam wyprawia. Chociaż na mapie ląd otoczony przez morze wygląda niezwykle idyllicznie, to będąc na samej wyspie prawie nigdy nie da się odczuć, że woda okrąża nas zewsząd. Z drugiej strony każda wyspa ma swój jedyny w swoim rodzaju klimat, który przejawia się w specyficznym zachowaniu mieszkańców. Mimo wszystko w ciągu biegu historii ludzie żyli tam do pewnego stopnia odizolowani.

Wyspy Alandzkie to archipelag położony na Morzu Bałtyckim pomiędzy Finlandią a Szwecją. Wpływy obu krajów są tutaj widoczne, gdyż Alandy administracyjnie należą do Finlandii, a znakomita większość obywateli to ludność szwedzkojęzyczna. A do tego jeszcze państewko posiada własny parlament i cieszy się dużą autonomią. Najprościej się dostać tutaj drogą wodną, gdyż przewoźnicy promowi wykorzystują specjalny status podatkowy wysp i każdy statek kursujący pomiędzy Finlandią a Szwecją choć na chwilę przybija do stolicy – Mariehamn, aby w rezultacie można było serwować na pokładzie tańszy alkohol. Oczywiście ku uciesze podróżujących. No ale sama podróż promem to zupełnie inna historia.

Czerwone domki na nabrzeżu

W dni robocze publiczny transport alandzki występuje w ilościach śladowych, a przez cały weekend na wyspie są tylko trzy kursy autobusów. A zatem jak podróżować w miejscu, gdzie autobusy występują tak rzadko, że powinny być pod ochroną? Można wypożyczyć własny pojazd albo skorzystać z tego, że większość ludzi używa samochodów, aby się przemieszczać. Autostop pasuje jak ulał. Spektrum kierowców jest dość pokaźne. I tak poznaliśmy tutaj starszą panią jeżdżącą rozklekotanym fordem, pielęgniarki jadące na wizytę domową czy po prostu młodzież na wakacjach. Nawet w tak odległym miejscu dwukrotnie natrafiliśmy na rodaka zajmującego się budowlanką, a na jednej z odległych wysp sama zgarnęła nas pracująca tutaj Łotyszka. Trzeba tylko wystawić kciuk stojąc w jednej z zatoczek dla autobusu, których tutaj o dziwo dużo.

Naszą podróż zaczęliśmy od zwiedzenia malowniczo położonego zamku w Kastelholm i znajdującego się kilka kroków dalej skansenu, który umiejscowiony jest w równie pięknym otoczeniu. Drewniane domki pomalowane czerwoną farbą odznaczały się na tle zieleni traw i błękitu pobliskiej rzeki. Szybka gadka w informacji turystycznej i ruszyliśmy dalej na wschód, gdzie rozsiane są ruiny twierdzy w Bomarsund. Można tutaj podziwiać pozostałości fortyfikacji, która zbudowana została na planie koła, a teraz przez jej środek przechodzi droga numer dwa. Całość ruin rozciąga się na kilku kilometrach, a my poszliśmy jeszcze zobaczyć wieżę położoną na wzgórzu – rozciąga się stąd widok na całą okolice. Wróciliśmy spacerem przy brzegu i następnie przeszliśmy mostem na kolejną wyspę, która niegdyś służyła jako jeden wielki cmentarz. Co ciekawe znajdują się tutaj zachowane miejsca pochówku czterech religii. Każde wyznanie ma swój własny, mały cmentarz. Dalej weszliśmy na prom samochodowy i wylądowaliśmy na kolejnej wyspie. Następnym stopem dojechaliśmy do wyspy Vårdö, gdzie znajduje się stary kamienny kościół. Akurat kiedy moc energetyczna kanapek zrobionych na drogę przestała działać, wróciliśmy z przedmieść do Mariehamn i wpadliśmy do niedawno otwartego centrum handlowego, gdzie wygłodniali zjedliśmy po jednej wielkiej pizzy.

Skansen niedaleko Kastelholm

Pozostałości twierdzy w Bomarsund

Pozostałości twierdzy w Bomarsund

Zamek w Kastelholm

Ludzie, których spotykamy są bardzo sympatyczni i uczynni. Dość powiedzieć, że nasz gospodarz odebrał nas z promu o czwartej w nocy, mimo iż tego dnia szedł normalnie do pracy. Praktycznie każdy podkreśla, że na Alandach żyje się powoli i bez pośpiechu łapie się każdą chwilę. Niektórzy przenieśli się tutaj ze Sztokholmu, gdyż wyspiarski spokój kontrastuje z szalonym tempem życia w stolicy Szwecji. Odległości są całkiem spore, więc nie może dziwić dość duży ruch uliczny. Jako, że krajobraz jest bardzo płaski, to na drodze można spotkać dużo rowerzystów, którzy często przybywają tutaj przy udziale tanich promów.

Po udanym autostopowo pierwszym dniu, nabraliśmy większej werwy i postanowiliśmy się wybrać do nieco dalej do odległej Gety, gdzie znajduje się malownicza trasa trekingowa. Po zrobieniu dużej liczby kanapek ruszyliśmy ku przygodzie. Bez większych problemów dostaliśmy się do punktu startowego znajdującego się przy restauracji. Najpierw weszliśmy na wieżę widokową, ale niewiele było widać toteż zaczęliśmy podążać trasą. Początkowo szliśmy lasem, potem pejzaż się nieco przerzedził i chodziliśmy po skałkach, spośród których wyrastały pogięte, rachityczne drzewka. Nie wiem jak to opisać, ale całość przypomina bardzo krajobraz stałego lądu Finlandii, tylko tutaj wygląda to jakoś mocniej i intensywniej. W końcu doszliśmy do północnego krańca trasy, gdzie morze wcina się we wdzięczną dla oka zatoczkę i mogliśmy tam odpocząć.

Po dwóch dniach nasyconych wrażeniami postanowiliśmy odciąć się trochę od natury i udać się pieszo do jedynego miasta na archipelagu, a zarazem stolicy – Mariehamn. Na wschodnim wybrzeżu miasta znajduje się malownicza promenada, wzdłuż której rozsiane są czerwone, drewniane domki. Zabudowania układają się w małe stoczniowe centrum, gdzie naprawiane, malowane oraz składowane są łodzie. Jakby odbić w stronę lądu to dojdziemy do ulicy Torggatan, gdzie znajdują się sklepiki i restauracje. W niedzielę to właściwe centrum sprawia wrażenie wyludniałego. Prawie wszystko jest zamknięte – otwarta pozostała tylko jedna kawiarnia. Dochodzimy do parku, mijamy schowany nieco za drzewami parlament i skręcamy na zachód. Docieramy do zatoki gdzie przycumowany jest żaglowiec wybudowany na początku XX wieku. A w nim mieści się muzeum morskie. Na zachodnim wybrzeżu króluje jednak terminal promowy i to właśnie do niego zmierzamy, aby opuścić zielone Wyspy Alandzkie i powrócić z głowami pełnymi wyspiarskich wspomnień do domu.

Z zawodu programista, z zamiłowania birofil i piwowar domowy, rocznik ’84. O piłce nożnej wie wszystko i wszędzie. Fan Realu Madryt, obudzony w środku nocy potrafi wymienić zawodników „Królewskich” według wzrostu lub rozmiaru buta. Trudno w to uwierzyć, ale jest miłośnikiem filmów z Adamem Sandlerem. Uwielbia jajka (kurze) w każdej postaci, nie może obejść się bez wygodnych spodni i opaski na oczy do spania. Chwile przed zaśnięciem spędza z książką w ręku, zdarza mu się również czytać w kąpieli. Dowcipas, wygłupas, wiecznie młody duchem optymista. Typ poleceniowca, człowiek „last minute” – co ma zrobić późno, zrobi jeszcze później. Obdarowany niespotykanym talentem do gniecenia, plamienia i darcia ubrań. W opinii Pauliny mężczyzna prawie idealny. Podróże są dla niego solą życia, eksplorowanie nieznanego przyprawia go o gęsią skórkę, a o wyprawie dookoła świata marzył zanim jeszcze się urodził.

Dodaj komentarz