Dzienniki gruzińskie. Część pierwsza.

Dzienniki gruzińskie. Część pierwsza.
Zwiedzanie Batumi.

21 września 2012

Wieczór. Przekraczamy granicę turecko-gruzińską w miejsowości Sarpi. Podchodzi do nas pan w stanie wskazującym i pyta o pochodzenie. ‚Polacy? Prezident, prezident!’ Lech Kaczyński jest dla wielu Gruzinów swego rodzaju bohaterem narodowym, o czym jeszcze nie raz będziemy mieć okazję się przekonać. Mają też oni dość jednoznaczną opinię na temat katastrofy w Smoleńsku. Tyle o polityce, bo to nas zawsze podczas podróży najmniej interesuje. Dojeżdżamy do Batumi samochodem prowadzonym przez Azera imieniem Afgan. :) Miasto tonie w kolorowych neonach. Nawet wieża na lotnisku wygląda jak świąteczna choinka. Rozbijamy namiot przy głównej promenadzie.

22 września

Zwiedzanie Batumi.

Budzą nas uderzenia w namiot. To policjant pragnie poinformować nas, że tu, gdzie śpimy, nie wolno biwakować. Domyślaliśmy się, że z parku przy głównej promenadzie w Batumi możemy zostać przepędzeni, ale spróbowaliśmy szczęścia i udało się – spaliśmy do 9.30. Zaspani zbieramy rzeczy, jednak namiotu złożyć nie możemy, bo jest mokry od porannej rosy. Przenosimy go więc na plażę, ale i tam po chwili pojawia się, tym razem inny, stróż prawa. Na szczęście tropik jest już suchy i możemy udać się na zwiedzanie miasta. Niestety po pewnym czasie zrywa się konkretna ulewa, więc zmuszeni jesteśmy schować się w podwórzu. Zniecierpliwiony Artur, mimo wzmagającego się deszczu, udaje się do pobliskiego banku, aby wymienić bezużyteczne już tureckie liry na gruzińskie lari. Po kwadransie wraca całkowicie przemoczony, za to ze świeżym pieczywem. Po ustaniu opadów kontynuujemy zwiedzanie kierując się w stronę drogi wyjazdowej z miasta. Po dotarciu do miejsca nadającego się do autostopowania ponownie zaczyna lać, więc biegiem wpadamy do małej knajpki, gdzie zamawiamy kawę. Czekając na ustanie deszczu rozmawiamy z Ukraińcem – marynarzem, który właśnie wrócił z rejsu do Brazylii i czekając na samolot do Odessy świętuje swój bliski powrót do domu. Artur wznosi domowym winem toast za jego zdrowie. Wychodzimy nie płacąc za kawę – dostajemy ją w prezencie. Nie czekamy długo na zatrzymanie się samochodu i po pół godziny lądujemy przy dworcu w Kobuleti, gdzie w przytulnym barze spotykamy dwóch chłopaków – autostopowiczów z Białorusi. Wcinając nasze pierwsze i najlepsze (jak się późnej okaże) kaczapuri (czyli rodzaj placka z serem w środku na ciepło) rozmawiamy o naszych podróżniczych przygodach. Dostajemy od nich niepotrzebne już im mapy, wymieniamy się banknotami i dokładnie o 16.30 chłopacy wsiadają w autobus, gdyż spieszą się do domu, a my do samochodu, w którym jedzie trzech sympatycznych Gruzinów. Wysiadamy przy dworcu kolejowym w Ozurgeti, czyli w miejscu, z którego ma nas odebrać Marlena. Duli, jak ją nazywają koleżanki, jest jedną z wolontariuszek pracujących społecznie w Gruzji. Telefon Marleny okazuje się być poza zasięgiem, znów zaczyna padać deszcz, do świeżo odremontowanego budynku dworca nie da się wejść, więc ponownie chronimy się pod dachem w bramie. Pewnie tkwilibyśmy tam w nieskończoność (bo później okazało się, że Marlena niechcący podała nam zły numer), gdyby nie to, że zaczepia nas grupka Gruzinów. Pytają czy jesteśmy Polakami i po uzyskaniu twierdzącej odpowiedzi, wskazując w górę palcem informują nas o tym, o czym wie chyba całe miasteczko: ‚na górze mieszkają Polacy!’ W ten sposób trafiamy pod właściwy adres, pod którym zastajemy oprócz Marleny również jej koleżankę Kasię. Dzień kończymy rozmawiając z dziewczynami przy herbacie i winie. Musimy tylko jeszcze zmienić lokum, gdyż Duli mieszka w innym bloku.

23 września

Artur ze swoim trofeum.

Kasia zaprasza nas do siebie na śniadanie. Dzień wcześniej została obdarowana przez pewnego Gruzina produktami spożywczymi, więc idziemy pomóc jej je spałaszować. Cały czas pada deszcz, ale mimo to decydujemy się jechać do pobliskiej wsi zobaczyć malowniczo usytuowany na wzniesieniu klasztor. Po dotarciu na miejsce odpowiednie do złapania ‚stopa’ zrywa się tak intensywna ulewa, że zmuszeni jesteśmy schować się pod daszkiem. Tam zaczepia nas pewien chłopak, który z racji dość młodego wieku nie mówi po rosyjsku. Nie może się z nami dobrze porozumieć i myśląc, że nie mamy za co pojechać do klasztoru wrzuca Arturowi do kieszeni 2 lari. Na nic zdają się nasze protesty – monety wracają do nas jak bunerang, a po chwili i tak zostajemy zawiezieni na miejsce przez dwóch przyglądających się całej sytuacji panów. W deszczu wspinamy się na wzgórze, gdzie czeka na nas niespodzianka – mamy okazję zobaczyć gruzińską ceremonię udzielania ślubu. Jest ona bardzo kameralna, uczestniczy w niej tylko kilka osób. Po zakończeniu uroczystości przyłączamy się do poszukiwania zgubionego przez pannę młodą wisiorka. Bez odniesienia sukcesu. We wsi próbujemy kupić domowe wino, jednak okazuje się, że żadnej z zapytanych osób nie zostało już nic z ubiegłorocznych zapasów. Nasze poszukiwania kontynuujemy po powrocie, oczywiście autostopem, do Ozurgeti. Tym razem mamy więcej szczęścia i na bazarze odnajdujemy jedyne stoisko, na którym można kupić pożądany przez Artura alkohol. Z dwulitrową, plastikową butelką po piwie pełną białego wina (cena: 4 lari — ok. 8zł) wracamy do mieszkania Kasi. Idziemy jeszcze z Marleną do baru na gruzińskie pierogi hinkali, a potem biesiadujemy do późna pijąc wino i konsumując niebotyczne ilości ziaren słonecznika przywiezione z Turcji.

24 września

Wyjątkowo dużo czasu stoimy przy drodze na obrzeżach Ozurgeti, ale wierzymy, że nic nie dzieje się bez przyczyny i tak jest też tym razem. Po prostu musimy poczekać, aż nadjedzie pan, który zabiera nas do swojego domu we wsi Meria. Robi to dlatego, że chce nam pokazać to, czego nie widać z drogi, czyli życie na wsi w Gruzji. Oprowadza nas po swoim gospodarstwie i częstuje owocami. Jego syn przynosi nam lornetkę, żebyśmy mogli w pełni docenić rozciągające się wokół widoki, a żona przygotowuje dla nas kawę i obowiązkowe kaczapuri – również na wynos. Po posiłku zostajemy zawiezieni w miejsce, z którego musimy dreptać jeszcze pieszo jakieś 3 km do głównej szosy (samochód nie może jechać dalej ze względu na stan drogi), ale trud się opłaca, gdyż zabierają nas ze sobą 13-letnia Nino i jej tata. Po drodze mamy okazję spróbować pysznej czurczkheli, czyli, jak to ktoś stwierdził, gruzińskiej, zdrowej wersji snickersa. Wysiadamy na rozwidleniu dróg, kilkanaście kilometrów podwożą nas dwaj chłopacy, a potem przejmuje nas pan wiozący pomidory i makaron, który zaprasza nas do siebie na wino i nocleg. Grzecznie odmawiamy, gdyż przyjechaliśmy do Borjomi specjalnie po to, by spędzić noc na łonie natury przy basenie z ciepłą wodą głębinową. Rozstajemy się więc przed wejściem do ‚mineral parku’ i po przejściu 3 km docieramy do polany, na której oprócz wspomnianego basenu spotykamy Ziemka z Polski w towarzystwie dwóch Gruzinów. Nasza znajomość z nimi rozpoczyna się od poczęstowania nas samogonem i długiej dyskusji na temat tego, że Paulina nie będzie pić alkoholu. Żywot abstynenta w Gruzji nie jest łatwy. Rozstawiamy namiot i jemy kolację w towarzystwie chłopaków oraz psa-przybłędy alias ‚sobaczka’, obficie popijając herbatą oraz czaczą – wedle uznania.

25 września

Wygłupy w basenie.

Rano jest tak chłodno, że dopiero przed godziną dziesiątą wystawiamy nosy poza namiot. Po śniadaniu wskakujemy do basenu z ciepłą wodą. Artur wraz z chłopakami wygłupia się w wodzie, próbując położyć się na dziurawym materacu. Wybieramy się z Ziemkiem i Nikolajem do miasta po zakupy – ponad 3 km w obie strony. Na miejscu rozdzielamy się, każdy idzie załatwiać swoje sprawy. Jesteśmy głodni, więc idziemy do baru. Dłuższą chwilę zajmuje nam rozszyfrowanie menu, a gdy w końcu udaje się nam coś wybrać, pani za kontuarem oznajmia nam, że ma dziś dużo klientów i nas nie obsłuży. Kierujemy swoje kroki do restauracji naprzeciwko. Tam kelnerka oznajmia nam, że w kuchni się nie wyrabiają z pracą i że mamy pospacerować i wrócić za dwie godziny. Ostatecznie kupujemy chleb oraz kabanosy i ten wykwintny posiłek konsumujemy na parkowej ławce. Wracając ze spaceru po mieście spotykamy wspomnianą wcześniej panią kelnerkę, która pyta: ‚I co? Pewnie już jedliście?’. Po dotarciu na polankę przy basenie zbieramy drewno na ognisko, Nikolaj przygotowuje kurczaka i już wkrótce zaczyna się biesiada obficie zakrapiana czaczą. W Gruzji jest zwyczaj, że jedna z osób pełni funkcję tzw. tamada, czyli mistrza toastowego. Mówi on za co będzie wznoszony toast, a następnie każda z pijących osób dodaje coś od siebie w nawiązaniu do tego, co powiedział mistrz. W rezultacie wychodzi z tego przydługie przemówienie, jednak cały ten ceremoniał ma niepowtarzalny urok. Ponadto alkohol … W trakcie kolacji Paulina stwierdza, że ma ochotę na oranżadę (napoje gazowane w Gruzji są pyszne!), a w pobliżu nie ma niestety sklepu. Przejęty tym faktem Nikolaj wpada na pomysł, że można zrobić oranżadę z wody i… landrynek! Jak myśli, tak robi i po chwili Paulina delektuje się wybornym, choć nie gazowanym napojem. Gdy ognisko zaczyna dogasać udajemy się na spoczynek do namiotu.

26 września

Twierdza w Akhaltsikhe.

Artur budzi się z lekkim kacem, więc pakowanie się zajmuje nam zdecydowanie więcej czasu niż zwykle. Obowiązkowa kąpiel w basenie i wyruszamy autostopem z panem Bargani do Akhaltsikhe. Cel: zobaczenie twierdzy górującej nad miastem. Spędzamy w niej sporo czasu, gdyż jest to ogromny kompleks budynków. Robimy zapasy jedzenia w supermarkecie z zamiarem wydostania się z miasta i zanocowania w jakimś przytulnym miejscu. Łapiemy autostop i sympatyczny Kacha wywozi nas z Akhaltsikhe wskazując dobre miejsce na nocleg. Wręcza Arturowi piwo i obiecuje odwiedzić nas później, oczywiście w celu wspólnej konsumpcji alkoholu. Robi się późno i zimno, więc nie spodziewając się już wizyty Gruzina decydujemy się pójść spać. W nocy budzi nas hałas – to jednak Kacha dotrzymał obietnicy i przyjechał nas odwiedzić. Przeprasza za tak późne przybycie i widząc, że już śpimy zostawia nam przy namiocie prezent i odjeżdża zapowiadając swój powrót następnego dnia rano.

27 września

W przedsionku namiotu znajdujemy słój ogórków i butelkę czaczy. Pakujemy się, a w międzyczasie przychodzi przywitać się z nami starszy pan mieszkający w pobliskim gospodarstwie, a także zjawia się Kacha w pluszowych kapciach. Okazuje się, że poprzedniego wieczoru chciał nas zabrać do Akhaltsikhe, żeby pokazać nam miasteczko nocą. Wychodzimy na drogę, którą prawie nic nie przejeżdża, ale w końcu zatrzymuje się ledwo trzymająca się na kołach ciężarówka z panem Armianem i popychani wiatrem mkniemy 30 km na h do przodu. Na szczęście tylko 10 km, dalej przesiadka do lepszego auta i po godzinie żegnamy pana Emzare. Do Tbilisi docieramy z Imedem, który po drodze kupuje nam colę i opowiada co nieco o życiu w Gruzji. Przelewamy cieknącą ze szklanej butelki czaczę do tej po coli i śmiałym krokiem ruszamy na spotkanie z marszrutką, która ma nas dowieźć do leżącego pod stolicą małego Rustavi. Pan kierowca próbuje nas okantować na 40 tetri, ale popisujemy się naszymi zdolnościami matematycznymi i przeprowadzamy dowód twierdzenia, że 1+1,3+1,3=3,6, a nie 4. Wysiadamy przy sklepie Elit Electronics (nie: Elite) i ślemy sms do Crenguty. Wiadomość nie chce dotrzeć do odbiorcy (znów mamy zły numer), więc wykorzystujemy otwarte wi-fi i ratujemy się wysłaniem mejla nie mając nadziei na szybkie jego odczytanie. Jednak po 2 minutach zjawia się obok nas Crenguta! Razem idziemy po zakupy, gotujemy i jemy obiad, a po chwili odpoczynku wyruszamy eksplorować miasteczko. Jest już wieczór. Ulice pełne ludzi, którzy jeżdżą na rolkach, na rowerze, spacerują, rozmawiają, skubią ziarna słonecznika itepe, itede. Miasto ożyło. Idziemy zobaczyć ‚starą’ część Rustavi. Crenguta i 3 inne wolontariuszki z Rumunii mieszkają w tzw. ‚nowym’ Rustavi, które tworzą wielopiętrowe bloki z wielkiej płyty. Okazuje się, że miasto ma drugie, urocze, zabytkowe oblicze. Szkoda tylko, że większość budynków jest zaniedbana. Tylko te w pobliżu głównego placu są odrestaurowane. Jest też gruzińska wersja ‚orlika’, na którym rozgrywany jest turniej piłki nożnej w ramach kampanii wyborczej jednej z głównych partii politycznych. Przyglądamy się z zainteresowaniem i po rzutach karnych rozstrzygających mecz finałowy udajemy się do domu.

28 września

Spacer z przewodnikiem po Tbilisi.

Przed nami zwiedzanie Tbilisi. Dziewczyny radzą nam jechać marszrutką – bo tanio, szybko i prosto do celu, ale nas te argumenty nie przekonują i jedziemy autostopem. Oprócz uprawiania turystyki naszym głównym celem na dziś jest wysłanie pocztówek do rodzin. Wysyłamy jedną z każdego kraju – w ten sposób nasi rodzice będą mieć wyjątkową kolekcję. Zadanie okazuje się nie być łatwe. Po pierwsze primo: znaczki można kupić tylko na poczcie głównej, więc chcemy czy nie – robimy sobie długi spacer. Po drugie primo: na poczcie mają tylko pocztówki przedstawiające np. snowboardzistę, dziewczynę na koniu, dziewczynę bez konia, konia bez dziewczyny etc. czyli nic, co bezpośrednio kojarzyłoby się z Gruzją (wszak dziewczynę bez konia można znaleźć w każdym kraju). Szukamy więc bardziej wypasionych kartek, które ostatecznie udaje nam się kupić w księgarni. Po trzecie: cena znaczka – 4 lari, czyli ok. 8 zł. W internecie krąży opinia, że jest to najwyższa opłata za wysłanie pocztówki na świecie. Czy to prawda? Popodróżujemy, zobaczymy. Po czwarte: chodzą słuchy, że kartka z Gruzji może dotrzeć do adresata w Polsce dopiero po trzech miesiącach lub w ogóle nie dojść. My podejmujemy ryzyko i koniec końców opuszczamy budynek poczty zadowoleni ze spełnienia obowiązku. Jeszcze długo krążymy po ulicach stolicy Gruzji, m.in. udając się na posiłek do maleńkiej jadłodajni prowadzonej przez trzy sympatyczne panie z Rosji. Zamiast wyjaśniać nam słownie, co możemy u nich zjeść wpuszczają nas do kuchni i pokazują po kolei wszystkie dania uchylając pokrywki. SANEPID pewnie nie przeszedłby obok tego procederu obojętnie, ale my dzięki temu wychodzimy z baru z zadowolonymi podniebieniami. Około godziny 18.00 udajemy się na miejsce, skąd ma nas zabrać przewodnik na darmowy tour po mieście. Trochę wahamy się czy to dobry pomysł myśląc, że już widzieliśmy wszystko, co było do zobaczenia. Ależ jesteśmy w błędzie! Młody chłopak oprowadza nas po miejscach, do których sami byśmy nie dotarli i do ciekawie o nich opowiada. Mamy to szczęście, że tego dnia jesteśmy jedynymi uczestnikami wycieczki. Jest już późno, więc wracamy do domu, oczywiście nie swojego.

Dodaj komentarz