Shit happens, czyli wracamy

Na samym początku chciałabym przeprosić za dosadny tytuł tego posta, ale trudno mi znaleźć wyrażenie, które lepiej opisywałoby wydarzenia ostatnich dni. Można by było również powiedzieć, że miałam ‚przesrane’, lecz słowo to określa tylko jeden aspekt całej historii. Ale do rzeczy.

Takie tam w szpitalu

Takie tam w szpitalu

Po zwiedzaniu szpitala w Pune i zakończeniu kuracji antybiotykowej udaliśmy się na południe w stronę Goa na zasłużone ‚wczasy pod palmą’. Po drodze zwiedziliśmy Kolhapur i po dwóch dniach od wyjazdu znaleźliśmy się w stolicy Goa, Panjim (lub Panaji – jak kto woli). Niestety nie było nam dane nacieszyć się tym rajskim regionem. Już drugiego wieczoru zostałam rozpalona do czerwoności i to wcale nie przez Artura, a grasujące w moim organizmie mikroby. Do tego dołączyła odrzutowa biegunka i inne objawy, więc, biorąc pod uwagę długą listę chorób tropikalnych, udaliśmy się do pobliskiego szpitala. Podczas pobytu w nim wielokrotnie poprawiałam ustanowiony przez siebie rekord w biegu na 20 metrów do toalety z przeszkodami. Mimo przeprowadzenia wielu badań nie udało się do końca ustalić, co mi tak naprawdę dolegało i czy był to nawrót poprzedniej choroby, czy jestem po prostu dzieckiem szczęścia i dwukrotnie ktoś mi ‚sprzedał’ jakieś paskudztwo. Sprawę przekażę w ręce mojego lekarza rodzinnego. Może jemu, na podstawie dokumentacji medycznej, uda się wyjaśnić tę biologiczną zagadkę.

Mimo zachowania najwyższych środków ostrożności i ekstremalnej higieny nie udało mi się uchronić przed wszechobecnymi w Indiach zarazkami. Arturowi zdarzało się niejednokrotnie łamać ‚zasady’ i, na szczęście (odpukać!), jest cały i zdrowy. Taka ironia losu. Jakby tego było mało, podczas badań lekarskich okazało się, że cierpię na przypadłość, którą należy skonsultować z lekarzem i najprawdopodobniej zająć się jej usunięciem. Mając na względzie warunki ubezpieczenia oraz te panujące w indyjskich szpitalach postanowiliśmy powrócić do ojczyzny. Poza tym nie wiem, co by powiedziała na to moja wątroba, gdybym jeszcze raz w tak krótkim czasie nakarmiła ją sutą porcją antybiotyków i innych lekarstw z długą listą skutków ubocznych. W końcu ‚szlachetne zdrowie’ jest najważniejsze, a gdy się zepsuje, to i najlepsza podróż nie ‚smakuje’ dobrze.

Nie ma jednak tego złego, co by na dobre nie wyszło. W tym roku pobiliśmy wszystkich, w tym tak zasłużone postacie jak Gwiazdor, Święty Mikołaj, Dziadek Mróz i inni, robiąc naszym rodzinom najlepszy z możliwych prezent gwiazdkowy.

Po ponad czterech miesiącach podróży jesteśmy z powrotem w domu, ale z blogiem się nie rozstajemy, gdyż:

  • mamy jeszcze wiele materiałów, których nie mieliśmy do tej pory okazji opublikować,
  • to jeszcze nie koniec naszej podróżniczej historii…

3 Komentarze

  1. ReplyJanek :)
    Łoooo, to w takim razie Siemano w Bydzi. Zapraszam na parapetowe do mnie na chate.
  2. ReplyAgnieszka
    szkoda, ale nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. wykurujesz się, ulepicie bałwana, może pojedziecie z nami na narty w styczniu (byłoby super) i zawsze możecie spróbować jeszcze raz :)
  3. ReplyDajana
    "W końcu ‘szlachetne zdrowie’ jest najważniejsze, a gdy się zepsuje, to i najlepsza podróż nie ‘smakuje’ dobrze." -zgadzam sie, choc juz dawno nie mieszaly sie we mnie tak rozne uczucia jak teraz. ^^

Dodaj komentarz