Przylot do Izraela

Przylot do Izraela

Dzień 1. Tel Aviv

Lot rozpoczął się z opóźnieniem, gdyż czekaliśmy na wszystkich pasażerów. Kapitan-zgrywus, witając spóźnialskich przez głośnik, wyraził nadzieję, iż zakupy się udały, czym wzbudził salwę śmiechu. Nie licząc tego, że woda z butelki wylała mi się mocząc niektóre rzeczy, odbyło się bez incydentów. No i jeszcze przed lądowaniem stewardessa uznała, że jeden pasażer jest zbyt agresywny/nietrzeźwy, aby siedzieć przy drzwiach ewakuacyjnych.

Wylądowaliśmy w Tel Avivie i pierwszym zadaniem było przejście odprawy paszportowej. Jako, że mieliśmy w paszporcie wizę irańską, spodziewaliśmy się wnikniliwego przesłuchania. Na początek strażniczka spytała się kiedy byliśmy w Iranie. Trochę się poplątaliśmy w zeznaniach nie mogąc ustalić czy był to 2011 czy 2012. Pani pogranicznik zaczęła gdzieś dzwonić, co nas trochę zestresowało, ale już po chwili wręczyła nam kartki z wizami. Poszło gładko – nie mogliśmy uwierzyć. Wymieniliśmy euroszekle na szekle i udaliśmy się do miasta.

image

image

Dzisiaj nie zdążyliśmy za wiele zobaczyć, bo dotarliśmy późno. Ogólnie jest ciepło, a przy blokach znajdują się zielone drzewa, co wydaje się dziwne w styczniu. Na gałęziach rosną cytryny i pomarańcze. Przy wejściu na dworzec odbywa się skanowanie bagażu i trzeba przejść przez bramkę podobnie jak na lotnisku. Nocujemy u ponad 70-letniego, dziarskiego Robbiego, który wzbudził u nas szacunek swoją olbrzymią wiedzą i znajomością języków.

Z zawodu programista, z zamiłowania birofil i piwowar domowy, rocznik ’84. O piłce nożnej wie wszystko i wszędzie. Fan Realu Madryt, obudzony w środku nocy potrafi wymienić zawodników „Królewskich” według wzrostu lub rozmiaru buta. Trudno w to uwierzyć, ale jest miłośnikiem filmów z Adamem Sandlerem. Uwielbia jajka (kurze) w każdej postaci, nie może obejść się bez wygodnych spodni i opaski na oczy do spania. Chwile przed zaśnięciem spędza z książką w ręku, zdarza mu się również czytać w kąpieli. Dowcipas, wygłupas, wiecznie młody duchem optymista. Typ poleceniowca, człowiek „last minute” – co ma zrobić późno, zrobi jeszcze później. Obdarowany niespotykanym talentem do gniecenia, plamienia i darcia ubrań. W opinii Pauliny mężczyzna prawie idealny. Podróże są dla niego solą życia, eksplorowanie nieznanego przyprawia go o gęsią skórkę, a o wyprawie dookoła świata marzył zanim jeszcze się urodził.

Dodaj komentarz