Jeden dzień z życia autostopowicza w Korei

Jeden dzień z życia autostopowicza w Korei

Budzimy się i sennie patrzymy na zegarek. Na miejscu odpowiedzialnym za wyświetlanie godzin mieni się liczba sześć. Wstajemy wcześnie, gdyż jest po temu świetna okazja. Dzisiaj sprawdzamy w praktyce autostop w Korei – do pokonania ponad 400 kilometrów. Cel miejscowość Donghae w Gangwon-do czyli wschodnie wybrzeże. Mapa przestudiowana, najlepsza marszruta wytyczona, plecaki spakowane, kompas został w Polsce. Możemy wyruszać.

Jeonju – Suwon

Nasz couchsurfingowy host wysadza nas na drodze, gdzie większość samochodów jedzie za miasto. W mieście i na ruchliwej trasie najlepiej złapać stopa pokazując tabliczkę z nazwą miejscowości, do której chcemy się dostać. Przydadzą nam się kartony. W nocy padało, ale znajdujemy jeden suchy przy śmietniku, a o drugi prosimy pana w sklepie w miejscu, gdzie nas wysadzono. Sprzedawca od początku jest nami zaciekawiony, toteż bez problemu daje nam karton. Mając odpowiednią ilość surowca piszemy w hangulu nazwę miejscowości – Seoul.

image

Mając odpowiednią ilość surowca piszemy w hangulu nazwę miejscowości - Seoul

Hangul to alfabet koreański, w którym każda litera odpowiada jakiemuś dzwiękowi. W alfabecie są 24 litery czyli mniej więcej jak u nas. Jakiś czas temu nauczyliśmy się czytać koreańskie litery, co zwykle budzi szacunek u Koreańczyków. No nic, stoimy z tabliczką, jedzie mnóstwo samochodów, ale jakoś nikt się nie zatrzymuje. Stoimy i stoimy, machamy i machamy,  przesuwamy tabliczkę, aby kierowcy mogli ją bez problemu odczytać. Ciągle nic. W końcu jeden samochód zatrzymuje się na poboczu, otwiera się szyba i uśmiechnięty Koreańczyk przywołuje nas do siebie. Normalna sprawa powiecie. Jednak jest to dla nas mała niespodzianka, gdyż  samochód jechał w odwrotnym kierunku. Okazuje się, że kierowca mieszka w Seulu, teraz jedzie odwieźć swoich rodziców do Jeonju, a potem wraca do domu. Wsiadamy do samochodu i przebijamy się z powrotem do centrum miasta, a potem na autostradę mijając miejsce, w którym staliśmy. Nasz kierowca przedstawia nam się, ale nie zapisujemy w głowie jego imienia, więc każe się tytułować Mr. Chang. Mr. Chang ma ponad czterdzieści lat, choć nasz pierwszy strzał to trzydzieści. Piastuje stanowisko dyrektora w zagranicznej firmie sprzedającej obuwie ortopedyczne. Już podczas pierwszego przystanku daje mi przymierzyć swoje sandały na miękkiej centymetrowej podeszwie, po czym Paulina cyka nam fotkę typu „połóż nogę na zderzak” jego Samsungiem. Okazuje się, że w wymienionym telefonie znajduje się wiele fotografii i filmików, których motywem przewodnim jest but. Najlepszy z nich to but ześlizgujący się z maski samochodu. W ten oto sposób stałem się częścią prywatnej galerii. Nasz kierowca opowiada nam o swoim życiu, o koreańskich zwyczajach – tych starych i tych nowych. Odnosimy wrażenie, że jest trochę nieszczęśliwy i chce z nami spędzić nieco czasu przed powrotem do pracy. Nie dość, że w Korei pracuje się o wiele dłużej niż w Europejskich krajach, to ciągu roku mają tylko około siedem dni wolnego. Droga, która normalnie powinna zająć nam trzy godziny, zajmuje nam prawie pięć. Wcale tego nie żałujemy. W ciągu krótkiej podróży zatrzymujemy się dwa razy na parkingu i dowiadujemy się, że ten rejon słynie z uprawy kasztanów, że zapracowani mieszkańcy Seulu z utęsknieniem czekają na piątek, odkrywamy pyszne zmrożone, mleczne shake’i, podziwiamy jak Mr. Chang gra na flecie i włada nunczako, razem oglądamy występy peruwiańskiego zespołu fleciarzy. Podczas jazdy nasz kierowca pyta nas czy chcemy usłyszeć tradycyjną koreańską muzykę. Jasne, że chcemy – odpowiadamy myśląc, że zaraz wyciągnie płytkę i muzyka poleci z radia. A on po prostu zaczyna śpiewać. Miód płynie na nasze serca. Cała pasieka miodu. Z żalem rozstajemy się na bramce przy autostradzie.

Suwon – Wonju

Lądujemy na bramkach i znajdujemy się na prawym pasie, a musimy przejść na lewy. Jak to zrobić przy pędzących samochodach? A no prosto. Każda bramka połączona jest przejściem podziemnym. Dowiedzieliśmy się tego podczas naszego pierwszego dnia autostopu, gdy znaleźliśmy się w podobnej sytuacji i próbowaliśmy przejść na przełaj. Usłyszeliśmy wtedy stanowcze „stop” i pani wskazała nam z początku tajemnicze, a potem wielce użyteczne przejście. Tym razem wędrując w podziemiach wyszliśmy w jakimś budynku. Nie przejmując się ludźmi wodzącymi wzrokiem za parą z plecakami, wychodzimy na zewnątrz, siadamy w cieniu na schodach i zaczynamy jeść przygotowany zawczasu lunch.

image

zaczynamy jeść przygotowany zawczasu lunch

Co rusz przechodzą obok nas pracownicy bramek i pytają się „A skąd? A dokąd? A jak? Autostopem, a to daleko”. Jeden stateczny pan przechodzi obok nas dwa razy. Za pierwszym razem zbiera podstawowe informacje, za drugim pyta się czy chcemy jeść. Chyba wyglądamy dość nietypowo. Zgadzamy się od razu. Po chwili czterech mężczyzn i pani kucharka popijając kawkę patrzą jak para obcokrajowców wcina obiad w pracowniczej kantynie. Na metalowej tacce same pyszności: ryż, zupa z ziemniakami i curry, kimczi, tamudżi, ogórek, jajko sadzone. Odmawiamy używania widelca, czym wzbudzamy szacunek w sali. Koreańczycy zadają pytania, trochę komentują między sobą, a potem całkowicie pochłania ich telewizor. W końcu stateczny pan zarządza koniec przerwy. Dziękujemy mu za zaproszenie, po czym wszyscy udają się do swojej pracy. My kończymy posiłek i kawę, ale zostajemy w klimatyzowanej sali, aby stworzyć dwie kolejne tabliczki. Jedną do dalszej miejscowości, drugą do bliższej. W ten sposób mamy załatwiony plan A i plan B. Wychodzimy na miejsce za bramkami i wystawiamy tabliczkę – plan A. Słońce nieźle grzeje w garnek, a po chwili stania okazuje się, że miejsce jest słabe. Co prawda jeździ tutaj mnóstwo samochodów, ale po pierwsze jadą szybko, a po drugie żeby nas zabrać ochotnik powinien przeciąć co najmniej cztery pasy w jednym kierunku, a potem cztery w drugim i to wszystko na krótkim odcinku drogi. A to tylko w najlepszym wypadku. No to myk. Udajemy się do bramek i okazuje się, że tutaj jest jeszcze gorzej. Osiem pasów i ruchliwe skrzyżowanie przed bramkami. O wy Koreańscy planiści! Niech was dunder świśnie! Dyskutujemy co tu począć, a pracownicy bramek obserwują nas. Jeden pokazuje, że do nas przyjdzie. W myślach odszukujemy nasze najlepsze gesty w uniwersalnym języku migowym wzbogaconym naszym ułomnym koreańskim. Po chwili w przejściu podziemnym pojawia się postawny starszy pan i odzywa się perfekcyjną angielszczyzną. Rzecz rzadko spotykana w Korei. O naturo łaskawa! Zaczyna się dyskusja, pytamy się czy możemy stanąć za bramkami na skrajnym lewym pasie, gdy ten się kończy. Odmowa. Starszy pan jest sceptycznie nastawiony, tłumaczy, że tutaj jest niebezpiecznie, gdyż samochody jadą bardzo szybko. Ale widać też po nim, że bardzo chce nam pomóc. Wyciągamy mapę, analizujemy wszystkie możliwości, w końcu udajemy się na naradę do biura. W biurze spotykamy statecznego Koreańczyka, który zaprosił nas wcześniej na obiad. Co więcej wydaje się, że on tutaj piastuje stanowisko szefa. Czujemy, że nasze szanse rosną. Faktycznie pozwalają nam stanąć na zakończeniu pasa. Aż tu nagle jeden pracownik zaczyna się trochę awanturować. Czyli jednak veto. Trochę trwamy w impasie, aż szef znajduje rozwiązanie. Pozwalają nam stanąć na betonowym placyku tuż za miejscem poboru biletów, a jeszcze przed szlabanem. Starszy pan instruuje nas poprawną angielszczyzną, żebyśmy stali w tym miejscu z tabliczką – planem B, abyśmy się nie ruszali, bo możemy zostać potrąceni. Na koniec życzy nam powodzenia i stwierdza, że mamy marne szanse i możemy postać tutaj z godzinę, a potem musimy wymyślić coś innego. Cóż nam pozostaje. Stoimy z pięknie lśniącym uśmiechem na twarzy. Wszyscy kierowcy kiwają przecząco głową patrząc na tabliczkę. Wszyscy czterej. Piąty samochód zatrzymuje się, kierowca na minutę tamuje ruch na bramce, my pakujemy się do środka, żegnamy się dziękując starszemu panu za okazaną pomoc. Naszym zbawcą okazuje się pani w średnim wieku. Z początku niełatwo nam się z nią porozumieć, ale później sytuacja staje się łatwiejsza, gdyż korzystamy z telefonicznego pośrednika – jej córki. Okazuje się, że mama jedzie trochę w innym kierunku, ale podrzuci nas na bramki do Wonju. O to nam chodzi. Jedziemy. Kilka kilometrów przed miejscowością widzimy znaki zapraszające kierowców na odpoczynek do tzw. „service area” i zastanawiamy się czy nie wysiąść tutaj. Mama jakby czytała w naszych myślach i zjeżdża na parking. Jednak nie dane jest nam się od razu pożegnać, gdyż po zatrzymaniu samochodu podbiega do kierowcy autobusu i usiłuje kupić nam bilet do następnej miejscowości. Usiłujemy ją od tego odwieźć, ale jest niezmiernie uparta. Na szczęście kierowca nas rozumie i odmawia poboru opłaty. W końcu pojawia się człowiek mówiący po angielsku, który na początku się dziwi czemu nie chcemy jechać za darmo, a potem wyjaśnia wszystko mamie. Żegnamy się i dziękujemy za chęć pomocy.

Wonju – Jeongdongjin

Koreańskie „service area” to olbrzymie miejsca z restauracjami, sklepami, stacją benzynową i dużym parkingiem. Zatem nie dopuszczamy do siebie myśli, że stąd nie wyjedziemy. Wychodzimy na wyjazd z tabliczką – planem A i po chwili przywołuje nas kierowca jeepa ze stacji benzynowej. Szybkie pakowanie do bagażnika i już jedziemy z parą Koreańczyków. A raczej nam się tak wydaje, bo pani kilkukrotnie podczas naszej wspólnej podróży podkreśla, że są tylko znajomymi ze szkoły i jadą razem na wczasy. Na wejście zostajemy poczęstowani jakże nam potrzebną mrożoną kawą, a potem pałaszujemy razem czereśnie. Na początku robimy to nieśmiale. Nasi gospodarze zauważą to i gorąco zachęcają nas do jedzenia, zatem po chwili nasycamy nasze organizmy witaminą C. Rozmawiamy ze sobą nie wiele, ale słyszymy jak kobieta ciągle nadaje swojemu koledze ze szkoły, a on tylko przytakuje. Trwa to tak długo, że jej głos zlewa nam się z odgłosami drogi. Para wysadza nas przed miejscowością Jeongdongjin.

Jeongdongjin – Donghae

Podróż zaczyna nam dawać się we znaki, więc przystajemy na chwilę na stacji benzynowej. Pałaszujemy cukier zmagazynowany w ciastkach oraz nawadniamy nasze komórki. No i trzeba stworzyć ostatnią tabliczkę. Pisak sprawnie kreśli zawijasy na kartonie. Najpierw widać zarys liter przepisanych z mapy. Potem przychodzi czas mozolnego pogrubiania. Dzielimy się po połowie – każdy dostaje jedną sylabę. Wszak kierowcy muszą widzieć tekst.

image

Tabliczka - Wszak kierowcy muszą widzieć tekst

Napis został stworzony, więc ruszamy na drogę. Popołudniowe słońce daje z siebie wszystko, zatem gdy nie jedzie żaden samochód skrywamy nasze głowy pod tabliczką. Gdy wehikuł wyjeżdża zza zakrętu, natychmiast się prostujemy i zwracamy tekst w stronę kierowcy. Po chwili czekania, z przeciwległego pasa zajeżdża do nas samochód, w którym siedzą dwie panie, które jadą do Donghae. Okazuje się, że przejechały obok nas, po czym zawróciły, aby nam pomóc. Koreanki bardzo dziwią się, a jedna z nich, odzywając się do drugiej, prezentuje zestaw gestów i słów, które jednoznacznie tłumaczymy na: „Przy drodze stoi dwójka obcokrajowców z kartonem z napisem Donghae. Wyobrażasz to sobie?”. Dopada odprężenie, ponieważ wiemy, że dojdziemy do celu i ten długi, męczący, aczkolwiek endorfinogenny dzień się wkrótce skończy.

Cała podróż zajęła nam dziesięć godzin. Mogliśmy przez ten czas siedzieć w autobusie, dłubać w nosie, przysypiać, liczyć mijające nas samochody. Ale wtedy nie byłoby czego opowiadać. I jak tu nie lubić autostopu.

1 Komentarz

  1. ReplyBehrooz
    hi dear artur & paulina how are you? is every thing ok with you? we have missed you very much. the meeting we had have with you was very enjoyable for us because of the things we learned from you, some thing like your will,eagerness,insight,taking easy and .... we hope you to be happy and successful and be full of energy always. hope to see you again. sincerely yours behrooz & maryam

Dodaj komentarz