Na wyspie

Na wyspie

Horyzont poszedł na spacer i coś długo nie wraca. Woda zlała się z niebem i nabrała koloru szarości. Szarości, która wzbudza ten rodzaj nostalgii, jaki krzepi serce. Dwie latarnie toną we mgle strzegąc dostępu do portu. Wykazują w tym trochę zazdrości: gdy jedna mruga, druga, jakby z szacunku, czeka kilka sekund, po czym również rozpala się światłem. Przy brzegu perwersyjny odpływ obnażył skały. Księżyc lekko tylko otworzył swoje oko i postanowił okryć bezwstydnice wodnym płaszczem. Za nami wielki ślimak – nasz mentor i zbawca – rozpościera dumnie swoje czułki. Chłoniemy to wszystko i błogi spokój udziela się również nam.

image

Pola ryżowe

Na Cheongsando życie płynie powoli i spokojnie, zgodnie z naturą. Ta wysepka na Morzu Wschodniochińskim ma jedynie 34 kilometry kwadratowe. Patrząc na mapę wydaje się, że można obejść ją w jeden dzień. Jednak jest to złudzenie, gdyż porastają ją niemałe góry. Wyspa jest członkiem organizacji Cittaslow, która promuje tak zwaną turystykę zrównoważoną, której podstawą jest harmonia między potrzebami turystów, środowiska naturalnego i lokalnych społeczności. Tyle definicji, a co to oznacza dla turystów? No, a tyle, że nie są stawiani na piedestale i traktowani jak maszynki do zarabiania pieniędzy. Wszyscy znamy przykłady miejsc, których naturalny charakter zniszczyła masowa turystyka. Zaczyna się zawsze niewinnie: pojawia się jeden hotel, jedna dyskoteka, jedna znana sieć fast food. I zanim się obejrzysz na każdym kroku sprzedawcy próbują ci wcisnąć ciupagę z napisem Mielno. Tutaj jest inaczej. Turyści są jedynie dodatkiem do lokalnego życia. Na Cheongsando ludzie codziennie mozolną pracą uprawiają ryż i inne rośliny, hodują zwierzęta, łowią ryby czy wyciągają owoce morza z morza. Wieczorem zaś, gdy upał zelżeje wychodzą zjeść i wypić trochę lokalnego alkoholu – sodżu. Na całej wyspie wytyczone są piesze trasy, tzw. slow roads. Slow roads biegną we wsiach, wzdłuż klifu, plażą, drogą, górami. Idąc nieśpiesznie takim szlakiem można doświadczyć całego piękna wyspy.

image

To, co udało nam się zobaczyć podczas zachodu słońca

Gdy pierwszego dnia wysiedliśmy z promu nic nie zapowiadało sielanki. Pani w informacji turystycznej lekceważąco podała nam mapę, po czym wróciła do wyszywania. Koreańscy turyści w średnim wieku, obowiązkowo ubrani w kolorową odzież termiczną, zawinęli się do autobusu. Zdążyliśmy zjeść nudle i pognaliśmy dwa kilometry na plażę, aby zdążyć na zachód słońca. Droga prowadziła pod górkę, a na końcu okazało się, że plaża nie wygląda jak na zdjęciu. Glony walały się po całej powierzchni, a gdzie niegdzie szło znaleźć urwane boje. Morze też jakieś szare, no i piasek cały mokry. To znaczyło, że nocą rządzi książę przypływ i nie ma co się rozbijać na plaży. Uznaliśmy, że chociaż obejrzymy zachód słońca. To też się nie do końca udało, gdyż pojawił się pewien młody Koreańczyk, który próbował się z nami porozumieć w swoim języku. Zdawał się przy tym nie pojmować, że go nie rozumiemy i długo nie dawał za wygraną. Trzeba wam wiedzieć, że w Korei wszędzie można znaleźć czyste, darmowe toalety. Dlatego trochę się zdziwiliśmy, gdy znaleźliśmy na plaży trzy toalety, ale każda z nich była zamknięta. Tego się nie spodziewaliśmy. No nic, umiemy się umyć w butelce wody. Do tego rozbiliśmy namiot trochę z górki i w nocy w naszych podświadomościach toczyła się heroiczna walka o lepszą pozycję do snu okupiona porannym bólem w kościach.

image

Ślimak - nasz zbawca

Gdy wstaliśmy rano morze miało niebieską barwę i wiała przyjemna bryza. Pojawili się letnicy, aby zjeść śniadanie na plaży lecz szybko się zawinęli. Grubo po jedenastej ruszyliśmy do pobliskiej wioski. Cel: znaleźć coś do jedzenia. W Korei na każdym kroku można znaleźć sklep, ale nie tutaj. Wróciliśmy do namiotu i zdecydowaliśmy się go zostawić na cały dzień z wszystkimi rzeczami. W sumie długo nad tym nie myśleliśmy. W Korei czujemy się bardzo bezpiecznie i nie mogliśmy sobie wyobrazić nikogo włamującego się do naszego namiotu. Tyle. Po zażyciu niezbędnej ilości kalorii ruszyliśmy na początek trasy oznaczonej numerem jeden. Po drodze zobaczyliśmy budynek w kształcie wielkiego, pomarańczowego ślimaka. Uratowani! To była toaleta. Od strony otworu gębowego męska, od strony nogi damska. Trzeba ci wiedzieć drogi Czytelniku, że pomarańczowy ślimak to logo Cittaslow. Po krótkim przystanku ruszyliśmy w trasę. Z początku droga prowadziła przez miasteczko. Białe ściany domów i czerwone lub niebieskie dachy przywodziły na myśl senną grecką wyspę. Potem podeszliśmy pod górę, z wierzchołka której roztaczał się widok na zatokę osnutą mgiełką pary. Dalej odcinek specjalny prowadził zboczem klifu. Zwykle tutaj nadrabiamy stracone sekundy, ale będąc w klapkach musieliśmy trochę odpuścić. Przyjemnie było patrzeć na błękit morza podczas gdy wiatr chodził nasze strudzone czoła. Następnie zeszliśmy na poziom morza, na kamienistą plażę. A tam hordy czarnych pluskwiaków grasowały na głazach. Na szczęście tupot stóp powodował, że rozpierzchały się na wszystkie strony. Z plaży przeszliśmy do doliny, na której znajdowały się uprawy ryżu. W końcu wróciliśmy do portu i zjedliśmy zupki zalewajki, gdyż restauracja z nudlami była już zamknięta. Gdy tak szliśmy z powrotem na plażę z tyłu głowy, niczym mały chomik biegała myśl: „Ciekawe, co z namiotem?”. Z daleka zauważyliśmy, że nasze mieszkanko stoi tak jak je zostawiliśmy. Ze zdumieniem odkryliśmy, że nie jest samotne. Obok pojawił się hamak i drugi namiot. Rodzina Koreańczyków rozbiła się obok nas. Zapoczątkowaliśmy pole namiotowe.

image

Gościnność w wydaniu Koreańczyków

Ostatniego dnia chcieliśmy pojechać na drugi koniec wyspy, aby rano zobaczyć wschód słońca. Wstaliśmy dość wcześnie, zjedliśmy nasze przedśniadaniowe zapasy i złożyliśmy namiot. Już chcieliśmy odchodzić, gdy usłyszeliśmy znajome „sziksa”. To senior rodu zapraszał nas na śniadanie. Widać było, że przemawia przez niego szczera chęć, a poza tym nasze żołądki domagały się śniadania coraz bardziej uporczywie. Rodzinka miała specjalny stół-grill, na którym senior przygotowywał paski wieprzowiny pokrojone w grzebyczek. Do tego ryż i trzyletnia kimczi, czyli koreańska kiszona kapusta. Zadowoleni i najedzeni ruszyliśmy do portu i tamże stwierdziliśmy, iż nic nam się nie chce. Zajęliśmy miejsce w cieniu obok wielkiego ślimaka i racząc się mrożoną kawą odpoczywaliśmy. Po godzinie obserwacji pracy małżeństwa, które naprawiało sieci stwierdziliśmy, że na noc zostajemy tutaj i rozbijemy się gdzieś przy ślimaku. Zostawiliśmy nasze plecaki na policji. Po raz kolejny wciągnęliśmy zupki zalewajki w tym samym miejscu, aż właściciel sklepu przyniósł nam kimczi. No i ruszyliśmy na szlak slow road. Wędrowaliśmy doliną wśród pola róż, spotkaliśmy dwie kozy przywiązane do toalety, na szczęście damskiej – droga do męskiej stała otworem. Wspięliśmy się leśną drogą i szliśmy wzdłuż klifu. Tym razem mgła nie przeszkadzała mocno w podziwianiu widoków, a morze mieniło się takim odcieniem niebieskiego jakiego mężczyźni nie potrafią nazwać. W końcu ruszyliśmy do obserwatorium, które znajdowało się na szczycie góry. Droga wyglądała na łatwą, ale wcale taka nie była, zwłaszcza gdy idzie się w klapkach i z torbą na zakupy na ramieniu. Gdy radośnie pokonywaliśmy ostatnie metry zobaczyliśmy wjeżdżający samochód. Trochę to deprymujące, gdy okazuje się, że na szczyt, który wszedłeś da się wjechać samochodem. Okazało się, że na górze znajduje się jadalnia, do której podjeżdżali lokalni rolnicy po pracy. No cóż, ruszyliśmy na dół, zeszliśmy do wioski, złapaliśmy stopa do portu. W restauracji z nudlami zjedliśmy ryż z kimczi i zupę z mackami ośmiornicy. Odebraliśmy plecaki z policji pytając się szefa czy możemy rozbić się w porcie. Nie wiadomo czy ten pomysł tak bardzo mu się spodobał, ale szef stał się nienaturalnie pobudzony, co przejawiało się tym, iż zaczął mówić i klepać mnie po plecach nienaturalną ilość razy. Możliwe, iż używał tej czynności zamiast kropki na końcu zdania. W końcu rozbiliśmy się w porcie, pozdrowiliśmy parę rybaków, a horyzont poszedł na spacer.

Żegnamy się z Cheongsando, najpierw dwie latarnie rozpływają się we mgle. Po lewej jeszcze majaczy plaża, na której spędziliśmy dwie noce, aż w końcu znika. Jeszcze z daleka ledwie widać wzniesienia, aż w końcu i one się rozpływają. Mkniemy ku lądowi przez mgłę, słysząc szum silnika, który tłumi rozmowy Koreańczyków.

Dodaj komentarz