Mołdawskie lapidaria

Mołdawskie lapidaria

Niepotrzebny jest żaden wehikuł ani magiczne wrota, żeby przenieść się o kilkadziesiąt lat wstecz. Wystarczy wybrać się do wsi Horodiste w Mołdawii. Mieliśmy okazję posmakować odrobinę życia, które prowadzą najubożsi mieszkańcy tego kraju. Zabrał nas tam David, Francuz, który pracuje w Soroce dla pewnej francuskiej firmy produkującej znane również w Polsce wyroby nabiałowe. Jest to chyba jeden z nielicznych przypadków, gdy obywatel UE zarabia na życie w Mołdawii, a nie na odwrót. A zabrał nas tam dlatego, że sam jechał w odwiedziny do grupy znajomych – rodaków, którzy w ramach wolontariatu próbują podnieść poziom życia mieszkańców wsi, m.in. poprzez tworzenie gospodarstw agroturystycznych, szkoły jazdy konnej itp. Wracając do tematu, jesteśmy pełni podziwu i szacunku dla ludzi, którzy każdego dnia muszą zmagać się z trudnościami, które niesie życie w wiejskich realiach. Mołdawską wieś dobrze określił David słowami: ‚Is very basic’. Nadal wiele prac wykonuje się tam ręcznie, do transportu używa wozów konnych, nie ma kanalizacji, nie dziwią przerwy w dostawie prądu, a ludzie żyją bardzo skromnie jedząc to, co przy współpracy z naturą wypracują sobie własnymi rękoma. Duże wrażenie robią tradycyjne domy, pomalowane zawsze niebieską, zieloną i białą farbą. Są piękne, jednak na samą myśl o mieszkaniu w nich w czasie zimy ścierpła nam skóra. Ten, w którym byliśmy miał piec tylko w jednym z dwóch pomieszczeń, pełniącym funkcję sypialni. Podobno, ze względu na cienkie ściany, w najchłodniejszej porze roku temperatura w nieogrzewanym pokoju prawie nie odbiega od tej panującej na zewnątrz, czyli nawet -40 stopni. W domu tym oczywiście nie ma łazienki, więc Francuzi zbudowali w oddzielnym pomieszczeniu toaletę zasypywaną trocinami oraz zamontowali na zewnątrz domu prowizoryczny prysznic podłączony do kranu z wodą. Kiedyś czerpano ją jedynie ze studni – w całym kraju do dziś znajdują się one przy każdym prawie domu. I są swego rodzaju dziełami sztuki!

Staliśmy prawie godzinę na końcu wioski, której najnowocześniejszym budynkiem był hotelik. Jedna babuszka zdążyła już nas minąć dwukrotnie. Za pierwszym razem zaproponowała, abyśmy poszli na marszrutkę i przeżegnała się na wieść o naszych planach. Za drugim razem podarowała nam śliwki i życzyła ‚szczestliwoj’. Dobrzy ludzie są na Mołdawi, sympatyczni, ale chyba nie szczęśliwi. Jak podczas poprzedniego stopa tak stwierdziłem, to kierowca zwyczajnie parsknął śmiechem. W ciągu tej godziny zdążyliśmy już pójść do hoteliku, gdzie uczynna pani umyła nam śliwki. Zdążyły już przejechać dwa kamazy wyładowane z tyłu jabłkami. Jabłka tworzyły piramidkę i gdy tylko Paulina zapytała się jak to możliwe, że nie spadną, kilka spadło i niczym kauczukowe piłeczki odbiło się od jezdni. Minęło nas też jedno auto na polskich rejestracjach, ale jak się okazało byli to Ukraińcy. Po godzinie zatrzymał się samochód i pojechaliśmy. My wraz z kierowcą, a nasze plecaki z kartonami papryk. Słońce ostro świeciło, toteż nasze oczy się mrużyły, ale co rusz musieliśmy je szeroko otwierać, gdyż pojawiały się przepiękne widoki. No i tak w kółko Macieju, znowu słońce, znowu widoki. Przez krajobraz najczęśniej przewijały się sady jabłkowe i pola słonecznikowe. Przy drogach nie ma lasów toteż widok rozpościera się daleko. A to nagle pojawi się pomnik czołgu albo ludzie sprzedający arbuzy i melony. I znowu jabłka i słoneczniki. Ludzie łapiący stopa, na tle słoneczników czy też martwy pies na tle jabłek. Z tego lekkiego marazmu wyrwał nas kierowca, który stwierdził, że w mieście jest dużo Cyganów, także należy uważać na portfel. Czas wysiadać.

Soroca – miasto Cyganów. To tu żyje ich król, na poszukiwanie którego wybraliśmy się do dzielnicy zamieszkanej przez ten powszechnie wzbudzający negatywne emocje naród. Ogromne wrażenie zrobiły na nas cygańskie domy przypominające pałace, jednak trochę kiczowate, często niewykończone, a nawet przez wiele lat stojące w stanie surowym. Nigdy nie widzieliśmy takich budynków, które razem tworzą jakąś przedziwną krainę, zupełnie niepasującą do reszty miasta, czyli skromnych, a często bardzo ubogich domów mołdawskich. Podczas spaceru mieliśmy okazję poznać swoją przyszłość, ale zadecydowaliśmy, że lepiej będzie jeśli reszta życia pozostanie dla nas niespodzianką. Co chwilę witani byliśmy szerokimi uśmiechami, w których błyszczały złote zęby. Króla nie udało nam się spotkać.

Idziemy do namiotu oświecając sobie drogę latarką. Jest ciemno i dzięki temu dowiadujemy się, że nasz namiot ma odblaski. Jakieś dwie godziny temu przestało padać i od tego czasu gdziekolwiek idąc toczymy walkę z błotem. Nasze klapki z każdym krokiem porastają w błoto, także wydaje nam się teraz, że mamy dodatkową podeszwę. W końcu siadamy przy namiocie. Patrzymy w górę a tam gwiazd do licha i trochę. Nigdy nie widzieliśmy tylu gwiazd w naszym życiu, widać nawet drogę mleczną. Miał rację Misza mówiąc nam, że nigdzie nie ma ich tyle jak na mołdawskim niebie. I tak jak pierwszego dnia na Mołdawii, podziwiamy je teraz i nie możemy się napatrzeć. To będzie dobra noc, na miękkim błotku i ze świadomością, że jesteśmy tacy mali.

Kierowca przyciskał gaz, wskazówka paliwa skakała niczym szalona. Na wybojach przyspieszała, by na prostych odcinkach nieco odpocząć. Droga przewijała się jak hipnotyzujący film. Przyciśnięty ludźmi, ze skręconą głową widziałem jej niewielki fragment. Gdy tak kierowca przyspieszał do setki pomyślałem sobie, że niewiele osób miałoby szansę, gdyby samochód zaliczył jakąś hucpę. Było to tylko praktyczne stwierdzenie, bez strachu, obaw. Na szczęście takie przyspieszenie było możliwe tylko na niewielkim fragmencie. Stare są drogi na Mołdawii, wybudowane za czasów ZSRR i tak zostawione. Gdzieniegdzie szrut, gdzieniegdzie ostre muldy, gdzieniegdzie załatane dziury. Bywa i tak, że na całej szerokości jezdni jest tylko jedna w miarę dobra ścieżka – i to dla obu kierunków. Ze względu na to, bywa też i tak, że mimo, iż jest ruch prawostronny to samochody jadą jakby był ruch lewostronny. Kierowcy na Mołdawii na pewno się nie nudzą i muszą ostro manewrować. Gapiłem się bezmyślnie w drogę. Z tego marazmu wyrwał mnie kwaśny fetor potu. To ludzie się kisili, aby wyjść. Dojeżdżaliśmy i zaczął padać deszcze – siódmy raz w ciągu ostatnich siedmiu dni. Sakreble!

Kiszyniów. Miejsce życia dla jednego miliona mieszkańców Mołdawii, czyli około 1/4 całkowitej ludności. Czujemy się, jakbyśmy byli w zupełnie innym kraju. Jest nowocześnie, a widoki, które ukazują się naszym oczom podczas spaceru prawie nie odbiegają od tych znanych nam z innych miast europejskich. Jedyne mołdawskie miasto, w którym NIE widzieliśmy kozy ani krowy uwiązanej na trawniku przylegającym do chodnika. Dużo modych ludzi, którzy uciekli tu z małych miast i wiosek. Jeszcze więcej zieleni i parków, a drzewa rosnące wzdłuż ulic dają w słoneczne dni upragniony cień.

Budzimy się w namiocie. Tym razem rozstawiliśmy go na wzgórzu, z którego rozciąga się malowniczy widok na błyszczący w słońcu Dniestr i dwa miasta, które rozdziela: Rezinę i Ribnitę. To pierwsze należy do Mołdawii, a drugie jest częścią Republiki Naddniestrza. Nie mamy jednak wiele czasu na podziwianie krajobrazu. Musimy zacząć się pakować, bo dziś czeka na nas Kiszyniów. Przed nami 90 km do pokonania autostopem. Przychodzi do nas lekko zasapany po wspinaczce na wzgórze 10-letni Wasia. To właśnie jego starszy brat poprzedniego wieczoru wskazał nam miejsce na nocleg, a on teraz przyszedł sprawdzić czy wszystko z nami w porządku. Towarzyszy nam do momentu, aż wyruszymy w drogę. Opowiada o tym, że niedawno był w cyrku i pyta czy w Polsce też mamy cyrk. Chcę zażartować: „Tak, w Polsce mamy niezły cyrk!”, ale gryzę się w język i tylko przytakuję. Z zainteresowaniem przygląda się naszym rzeczom i pyta do czego służą, a także o to, dlaczego Artur smaruje kremem nos i po co myjemy zęby. Pomaga Arturowi zjeść śniadanie, a mi złożyć namiot i napisać po rosyjsku kilka słów podziękowania na pocztówce z Bydgoszczy, którą dajemy mu na pamiątkę tego spotkania.

1 Komentarz

  1. Replyhalina przybyl
    Ja cale dziecinstwo i mlodosc spedzalam wakacje na takiej wsi na lubelszczyznie w latach 60-tych.Zapewniam Was ,ze bylam bardzo szczesliwa, a wspomnoenia i uczucia sa tak silne jak zadne inne spedzone na wczasach czy na koloniach.Lza sie w oku kreci.Tam ludzie sa wolni.

Dodaj komentarz