Maskat dla żółtodziobów

Maskat dla żółtodziobów

Stolica rządzi się swoimi prawami – każdy ma tutaj swój interes, ulice zapełniają ogromne ilości samochodów, a ludzie są bardziej zabiegani. Na szczęście jest czas na pracę i jest czas na relaks.

Po wczorajszym ciężkim dniu budzimy się jak nowo narodzeni. Wychodzimy razem z Isaac’iem, którego, jako że dziś ubrany jest w garnitur, prawie nie poznajemy. Zachodzimy do pobliskiej restauracji na tzw. omański chleb, czyli zapiekane na płasko dwa kawałki czegoś w rodzaju andrutów z serem, miodem i jajkiem w środku. Wszyscy znają tutaj Isaaca i kiedy ktoś wchodzi do restauracyjki to następuje wylewne powitanie. Po posiłku pijemy jeszcze karak – herbatę z mlekiem i ziołami, po czym rozstajemy się. Idziemy sobie pieszo w kierunku Wielkiego Meczetu, taksówki radośnie podtrąbują, a my cieszymy się słońcem i obecnością w innym świecie. Wchodzimy na teren gdzieś bocznym wejściem, Paulina zakłada chustę na głowę i od razu jesteśmy świadkiem sytuacji, gdy jedna strażniczka opierdziela Hinduskę z powodu niewystarczającego stroju. Rozglądamy się trochę. Dziedzinczyki wyglądają bardzo schludnie i monumentalnie. Ozdobą meczetu jest główna hala modlitw. W środku oglądamy ozdobne żyrandole, kopułę bogato zdobioną kafelkami, a przede wszystkim ogromny dywan o wymiarach 70 na 60 metrów. Ponoć 600 irańskich kobiet tkało go przez 4 lata.

Łapiemy dwa autobusy i przemieszczamy się do Starego Maskatu, gdzie w zatoczce strzeżonej przez dwa forty, znajduje się pałac sułtana. W okolicy przeważają białe, schludne budynki, ale znajdujemy restauracyjkę, w której pałaszuję kebab, a Paulina podkrada mi frytki. Kierujemy się na zachód, gdzie wchodzimy na bajeczną promenadę, a potem zachodzimy do parku w celu napicia się kawy. Zaczyna wiać tak mocno, że utrzymanie gorącego kubka staje się nie lada wyzwaniem. Mimo dość mocnego oddechu nieba, kilka rodzin wybrało się na piknik i rozłożyło się na trawie. Idziemy dalej promenadą, po drodze mijamy forty, fontannę, następny park i dość sporą ilość ludzi. 

Dochodzimy do portu w Mutrah, gdzie stacjonują wielkie statki i od razu odbijamy wgłąb lądu, aby zobaczyć souk. Niestety akurat jest popołudniowa przerwa i większość sprzedawców ma chwilowo wolne. A ci, którzy mają otwarte namawiają nas na zakup paszminy, drzewa sandałowego czy też różnych ziół. Na końcu rynku zauważam lekko schowaną restaurację pakistańską. Wchodzimy do środka i wywołujemy lekką konsternację wśród obecnych tam mężczyzn. Po chwili zajadamy się pyszną, aczkolwiek lekko ostrą indyjską strawą – masalą wraz z chlebkiem roti. Zgodnie z wczorajszą nauką nie używamy sztućców. Myjemy rączki, płacimy i postanawiamy zagłębić się w wąskie uliczki starego miasta. Trochę spacerujemy, a trochę się gubimy. Napotkani ludzie nas pozdrawiają, a dzieciaki ćwiczą swój angielski. Kilka słów wypowiedzianych do turystów w obcym języku sprawia im nieopisaną radość. Nie chcemy wracać przez souk, więc okrężną drogą dochodzimy do portu. Stamtąd bierzemy jeden autobus do Ruwi i następny do Al Ghubrah. Ten drugi prowadzi szalony filipiński kierowca, który zręcznie lawiruje w wieczornym stołecznym korku. 

Dojeżdżamy do mieszkania i trochę odpoczywamy. Pojawia się Isaac i pyta się czy chcemy napić się piwa. Jak to? Piwo w mułzumańskim kraju? Okazuje się, że alkohol bez problemu można kupić w hotelach. Jedziemy do restauracji wypasionego Crowne Plaza Muscat. Nasze ciuchy trochę nie pasują do wystroju, ale w nikt tutaj się tym nie przejmuje. Po chwili siedzimy przy stole przy wielkim kuflu Hoegaardena, pucharku pełn truskawkowego shake’a i rozmawiamy o życiu w Omanie, w Polsce i o podróżach. Dołącza do nas również kolega Isaaca, który pracuje w branży hotelowej. Dowiadujemy się kilku ciekawych historii z dziedziny hotelarstwa i turystyki. Szczęśliwi wracamy do naszej majlis. Jutro pierwszy dzień autostopowania.

Z zawodu programista, z zamiłowania birofil i piwowar domowy, rocznik ’84. O piłce nożnej wie wszystko i wszędzie. Fan Realu Madryt, obudzony w środku nocy potrafi wymienić zawodników „Królewskich” według wzrostu lub rozmiaru buta. Trudno w to uwierzyć, ale jest miłośnikiem filmów z Adamem Sandlerem. Uwielbia jajka (kurze) w każdej postaci, nie może obejść się bez wygodnych spodni i opaski na oczy do spania. Chwile przed zaśnięciem spędza z książką w ręku, zdarza mu się również czytać w kąpieli. Dowcipas, wygłupas, wiecznie młody duchem optymista. Typ poleceniowca, człowiek „last minute” – co ma zrobić późno, zrobi jeszcze później. Obdarowany niespotykanym talentem do gniecenia, plamienia i darcia ubrań. W opinii Pauliny mężczyzna prawie idealny. Podróże są dla niego solą życia, eksplorowanie nieznanego przyprawia go o gęsią skórkę, a o wyprawie dookoła świata marzył zanim jeszcze się urodził.

Dodaj komentarz