W Sułtanacie Omanu

W Sułtanacie Omanu

Jeśli pamiętacie grę w państwa-miasta to pamiętacie również, że Oman to jedyne państwo zaczynające się na literę O. Patrząc na mapę można przypuszczać, że są tutaj pokłady ropy. Ale jacy są ludzie, jaka kultura? W ciągu najbliższych dni będziemy mieli okazję tego doświadczyć na własnej skórze.

Na zewnątrz ciemność, wstajemy o 5:50, szybko się pakujemy i wsiadamy do metra. Nie zdążyliśmy nic zjeść, więc kiszki nam grają marsza, ale niestety za jedzenie w metrze grozi sroga finansowa kara. W końcu dojeżdżamy i idziemy do autobusu. Gdy tylko zasiadamy na miejscu, otwieramy jogurty i pałaszujemu musli – to omański środek transportu, więc nie obowiązują tutaj dubajskie normy. Po zaspokojeniu głodu rozglądamy się po autobusie. Z przodu zajęły miejsce samotne kobiety w czarnych abajach i małżeństwa, a bardziej z tyłu siedzą mężczyźni i turyści. Gdy wyjeżdżamy z Dubaju jeszcze długo ciągną się zabudowania. W końcu zasypiam. Dojeżdżamy do granicy. Najpierw wyjazd z Emiratów: płacimy opłatę wyjazdową i dostajemy stempel w paszporcie. Co ciekawe samotne kobiety mają osobną kontrolę, a jedna to nawet nie wychodzi z autobusu. Potem wjazd do Omanu: wszyscy wychodzimy z autobusu, żołnierze pobieżnie sprawdzają bagaże, które potem kładziemy na ziemi. Pojawia się czarna psina, która obwąchuje wszystkie toboły, a robotę kończy dziarskim psiknięciem. Jedziemy dalej i zatrzymujemy się na parkingu. Wchodzimy do budynku, w środku tłoczy się niewielka ilość ludzi, a po chwili okazuje się, że wysiadł system. Pogranicznicy szybko naprawiają problem i w mgnieniu oka mamy wbitą omańską wizę. Niestety jedno małżeństwo z Tajlandii ma jakiś problem i cały autobus musi na nich czekać. Po półtora godziny zwłoki, w końcu ruszamy. Na pierwszy rzut oka Oman wydaje się bardzo zielony i czysty. Niedawno chyba padało, gdyż na poboczu zalegają kałuże. I faktycznie – w trakcie jazdy zaczyna padać. A my nie mamy kurtek w bagażu. Po drodze kierowca wypuszcza, jedna po drugiej, wszystkie samotne kobiety i upewnia się, że trafiły do taksówek. A wszystko to mimo spóźnienia. Przed Muskatem przejeżdżamy przez miejsce, gdzie stoją niebotyczne ilości taksówek, a w końcu, po siedmiu godzinach jazdy wysiadamy w dzielnicy Al Ghubra. Zgłodniali, kierujemy nasze kroki do supermarketu, gdzie wcinamy pyszne indyjskie jedzenie.

Kręcimy się jeszcze chwilę i idziemy na spotkanie w umówione miejsce. Równo o 17:30 pojawia się Isaac i zaprowadza nas do swojego mieszkania. Zostajemy ulokowani w majlis – w omańskich domach jest to specjalny pokój, który służy do przyjmowania gości. Za całość wyposażenia robią tutaj dywan, materace i poduchy. Jeżeli gość przychodzi do domu Omańczyka to widzi tylko ten pokój. Jeżeli trzeba kogoś przenocować – nie ma problemu, pokój jest bardzo przestronny. Odpoczywamy, a następnie Isaac opowiadania nam trochę o Omanie. Dowiadujemy się jak wiązać tradycyjną chustę, przymierzamy tradycyjne arabskie ciuchy, trenujemy dwie techniki siadania. Jest to ważne, gdyż większość czynności życiowych, takich jak np. jedzenie, odbywa się tutaj na podłodze. Wkrótce przychodzi Haitham, przyjaciel Isaaca i kontynuujemy rozmowę w czwórkę, a potem idziemy coś jeść.

Skacząc przez kałuże, dochodzimy do restauracji jemeńskiej. Wchodzimy do pomieszczenia przedzielonego ścianą i siadamy w kółku na dywanie. Pomiędzy nami ląduje wielka micha różnokolorowego ryżu ułożonego w piramidkę, na czubku której położone zostaje mięsiwo i ryba. Sztućców brak. Isaac demonstruje w jaki sposób należy jeść. Najpierw palcami zagrania się kupkę ryżu, a z wierzchu bierze się kawałek mięsa. To wszystko zamyka się w dłoni i ugniata rulonik. Po czym taki pakunek należy umieścić w ustach i dalej postępować standardowo. Z początku idzie nam trochę karkołomnie, ale w końcu łapiemy rytm. Jedzenie smakuje wyśmienicie, ale trzeba przestawić coś w głowie, aby przyzwyczaić się do bałaganu. Po zakończonym posiłku idziemy wspólnie umyć ręce, a potem chwilę siedzimy przy herbacie z przyprawami. Wracamy do domu i zbieramy garść informacji o tym, co można zobaczyć w Omanie. Po czym zmęczeni padamy na materac.

Z zawodu programista, z zamiłowania birofil i piwowar domowy, rocznik ’84. O piłce nożnej wie wszystko i wszędzie. Fan Realu Madryt, obudzony w środku nocy potrafi wymienić zawodników „Królewskich” według wzrostu lub rozmiaru buta. Trudno w to uwierzyć, ale jest miłośnikiem filmów z Adamem Sandlerem. Uwielbia jajka (kurze) w każdej postaci, nie może obejść się bez wygodnych spodni i opaski na oczy do spania. Chwile przed zaśnięciem spędza z książką w ręku, zdarza mu się również czytać w kąpieli. Dowcipas, wygłupas, wiecznie młody duchem optymista. Typ poleceniowca, człowiek „last minute” – co ma zrobić późno, zrobi jeszcze później. Obdarowany niespotykanym talentem do gniecenia, plamienia i darcia ubrań. W opinii Pauliny mężczyzna prawie idealny. Podróże są dla niego solą życia, eksplorowanie nieznanego przyprawia go o gęsią skórkę, a o wyprawie dookoła świata marzył zanim jeszcze się urodził.

Dodaj komentarz