Obrazek nagłówka - Paulina i Artur

Jeden dzień z życia autostopowicza

Jeden dzień z życia autostopowicza
"Autostop, autostop, wsiadaj bracie dalej hop"

Drohobycz,12 sierpnia 2012 roku. Budzimy się w domu Igora, w pokoju wyglądem przypominającym pomieszczenia rodem z książek rosyjskich autorów, które czytaliśmy w liceum. Ubieramy pożyczone nam szlafroczki i po dokonaniu porannej toalety zasiadamy do stołu. Czeka na nas śniadanie złożone z zapiekanej papryki faszerowanej ryżem i warzywami, kanapki ze swojskim pasztetem oraz mocna kawa i ciastka. Oczywiście nie może zabraknąć gęstej śmietany, którą na Ukrainie dodają prawie do wszystkiego. Również do piwa! Jest tu takie powiedzenie, że ze śmietaną to nawet słoma smakuje. Prowadzimy zajmująca rozmowę z całą rodziną, w skład której wchodzą: Igor, jego żona Świetłana i córki Wiktoria, Marta, Halina. Dziewczyny dzień wcześniej oprowadziły nas po całym mieście, opowiadając o wszystkich interesujacych miejscach lepiej niż zawodowy przewodnik, a te mniej ciekawe zamieniając swoimi wywodami w prawdziwe perełki. Mała wskazówka zegara zaczyna się zbliżać do liczby 12, więc czas na pakowanie i zbieranie się do wyjścia. Trudno nam się jest rozstać, więc gramolimy się dość długo, ale w końcu wychodzimy z bagażami przed dom i uwieczniamy nasz pobyt tutaj na wspólnej fotografii. Na Ukrainie panuje zwyczaj, że gospodarze po kryjomu zabierają jakiś przedmiot gościom po to, żeby musieli jeszcze do nich wrócić. Ciekawe, czego z naszego ekwipunku będziemy wkrótce bezskutecznie szukać?

Tylko na Ukrainie

Tylko na Ukrainie

To już nasz trzeci dzień na Ukrainie. Siedzimy pod stadionem, plakat informuje, że Żużlowe Mistrzostwa Europy odbędą się 6 września 2010r. Obok obdrapanego stadionu, który z coraz większą trudnością przypomina sobie czasy swojej świetności, znajduje się mur, który w postaci mozaik przedstawia różne dyscypliny sportu. Po murze z wielkim uporem wspina się roślinność, prawie całkowicie przykrywając sylwetkę kolarza i lewą nogę piłkarza. Na horyzoncie widać blok, który nigdy nie zaznał remontu i ulicę, po której śmigają łady różnych generacji, za którymi podążają żółte marszrutki. Po chodzniku spacerują ludzie ubrani na styl ukraiński, czyli w losowo wyciągnięte z szafy ubrania. Chcieliśmy już kończyć ten wstęp, ale zza stadionu wyłoniła się dziewczyna słuchająca techno na głos i prowadząca osiodłanego konia na sznurze. Tak widzimy Ukrainę 10 sierpnia 2012r. we Lwowie.

W Szczebrzeszynie chrząszcz… pitoli na skrzypeczkach

W Szczebrzeszynie chrząszcz… pitoli na skrzypeczkach
Szczebrzeszyn nocną porą

Minął zacny trzeci dzień naszej wyprawy. Jak to zwykle w trakcie podróży bywa, wydarzyło się tak wiele w tym czasie, że trudno naprędce sklecić jakieś przyzwoite streszczenie. Jednak podejmujemy wyzwanie.

Niedziela upłynęła nam głównie na autostopowaniu, gdyż zamiarem naszym było dostać się wsi Gorzyce pod Sandomierzem, czyli pokonać prawie 500 km. Po drodze spotkaliśmy mnóstwo wspaniałych ludzi, którzy usłyszawszy o naszych planach skłonni byli uchylić nam nieba. Byli tacy, którzy nadłożyli godzinę drogi, żeby dowieźć nas w dobre miejsce, inni dali nam namiary na swoich zagranicznych znajomych, żebyśmy mogli skorzystać z ich pomocy. Łapaliśmy samochody w słońcu, deszczu oraz na stacji benzynowej. Ekstremum globalne osiągnęliśmy, gdy podczas ulewy utknęliśmy pod wiatą i tylko nieśmiało wystawialiśmy kartkę z napisem „Sandomierz” za każdym razem, gdy przejeżdżał obok nas samochód. Dodatkowo cały czas musieliśmy przesuwać plecaki, gdyż woda wdzierała się ze wszystkich stron pod wiatę. Koniec końców, podwiezieni pod sam blok, wylądowaliśmy przed godziną 21 w mieszkaniu pani Wandy, która uraczyła nas wybornym leczo i ciastem z owocami.

„To ostatnia niedziela…”

„To ostatnia niedziela…”

No i się jednak nie udało dotrzymać zapowiadanego terminu wyjazdu. Jak mniemamy przyczyną jest zakrzywienie czasoprzestrzeni, które miało miejsce w mijającym tygodniu. Aż dziw bierze, że nie było o tym zjawisku głośno w radio i telewizji. Może odbywające się właśnie igrzyska olimpijskie przyćmiły tę anomalię, a może po prostu dotyczy ona wyłącznie osób, które wybierają się w dłuższą podróż. Tak czy inaczej, mimo najszczerszych chęci zabrakło nam jednej doby na to, żeby móc spokojnie opuścić nasz przytulny, żółty pokój i zamienić go na nieco mniej komfortowy czerwony namiot. Ruszamy jutro z samego rana, licząc na to, że niedzielni kierowcy wcale nie będą „niedzielni” i szybko zajedziemy do celu, który wyznaczyliśmy sobie w okolicach Sandomierza. Może uda nam się pomóc ojcu Mateuszowi w rozwiązaniu jakiejś zagadki kryminalnej? A póki co, słuchając piosenki „Świecie nasz” i oglądając film „Baraka” nastrajamy sie pozytywnie na podróż.

Końca nie widać!

Ktoś mógłby pomyśleć, że jak się planuje podróż dookoła świata, to już miesiąc przed wyjazdem powinno się mieć wszystkie sprawy dopięte na ostatni guzik. My też tak myśleliśmy, a przynajmniej pragmatyczna i praktyczna Paulina. A guzik z tego zapięcia guzika! Mamy wrażenie, że lista spraw do załatwienia rośnie wykładniczo wraz z upływem czasu, czyli ubywaniem dni do naszego wyjazdu. Można by się nawet pokusić o napisanie wzoru funkcji i zrobienie wykresu, ale to może innym razem. Każdego dnia okazuje się, że trzeba lub warto zrobić coś, co wcześniej nie przyszło nam do głowy. Między innymi za sprawą życzliwych osób, które w trosce o powodzenie naszej wyprawy służą nam dobrą radą. Zaczynamy jednak węszyć spisek i zastanawiać się czy rzeczywiście mają na względzie nasze dobro, czy po prostu chcą przeciągnąć nasze przygotowania w nieskończoność i zatrzymać nas na miejsu? :) Ma również miejsce efekt reakcji łańcuchowej – każdy nowy pomysł rodzi następny. Zatem w dalszym ciągu zwiększamy popyt na artykuły turystyczne, z pasją (ale niestety nie z przyjemnością) oddajemy się rozmowom telefonicznym z urzędnikami, pracownikami banków i służby zdrowia oraz optymalizujemy masę bagażu poprzez wymianę lekkich przedmiotów na jeszcze lżejsze. Pomijając tak błahe czynności jak pranie i szycie, bo Artur dopiero teraz zdecydował się, w jakiej odzieży ma zamiar zwiedzać świat.

Wczoraj też na dobre zaczęliśmy przewozić dorobek naszego życia do rodziców Pauliny, którzy zgodzili się użyczyć nam trochę swojej wolnej przestrzeni lokalowej, abyśmy mieli gdzie go przechować do naszego powrotu. Z lekkim smutkiem obserowaliśmy, jak nasze dotychczasowe życie znika w workach i kartonach. Wszystkie rzeczy, które czas na pewno nadszarpnąłby swoim zębem oraz te, które przywitałyby nas w stanie trzeciej lub czwartej nawet świeżości rozdaliśmy lub pożyczyliśmy. Napoje wysokoprocentowe, które jakimś dziwnym trafem nazbierały nam się domu, tworząc całkiem pokaźny „barek”, zostały skonsumowane podczas imprezy w Poznaniu zorganizowanej przez kolegę Tomasza. Tym razem nie Tomasza K., o którym była już mowa wczesniej, ale R. (chociaż Tomasz K. był również obecny w Poznaniu i nie próżnował pomagając nam uwolnić się od tego zbędnego balastu). Przed wszystkimi, którzy stawili czoła wyzwaniu, chylimy czoła nasze, a gospodarzowi dziękujemy za, jak zwykle zresztą, bardzo udany weekend. Przede wszystkim, była to dla nas okazja, żeby pożegnać się z częścią naszych znajomych i przyjaciół.

Na koniec krótki komunikat. O ile nie stanie się nic nieprzewidzianego, ruszamy 4 sierpnia. Amen.

* nie dotyczy osobistej rozmowy z pracownikami urzędu skarbowego :)

Tygodniowy zawrót głowy

Tak nas pochłonęły przygotowania do wyjazdu, że nie mieliśmy ani czasu, ani głowy do tego, żeby zająć się blogowaniem. Jak się okazuje, nawet błahe z pozoru sprawy mogą pochłonąć dużo czasu, wymagać wiele cierpliwości i zmuszać do podejmowania trudnych decyzji. Zdecydowaną większość potrzebnych nam rzeczy zgromadziliśmy już wcześniej, a także pozałatwialiśmy już wszystkie najważniejsze sprawunki, jednak trochę jeszcze do zrobienia zostało i miniony tydzień był dla nas dość pracowity.

I tak na przykład o mało co nie zgubilismy się w gąszczu dostępnych na rynku palników gazowych, naczyń turystycznych i innych sprzętów, dzięki którym nie padniemy z głodu w sytuacji, gdy dane nam będzie spędzić noc na łonie natury.

Inna sprawa: finanse. Czy bardziej opłaca się mieć konto w dolarach, czy w euro? Ile kart debetowych zabrać – jedną, dwie, a może pińcet? Wiza czy Masterkard? Ten bank czy tamten? Jaki limit wypłat z bankomatów? Pozamykać posiadane konta i zrezygnować z kart czy nie? Ech…

Życie w XXI wieku ma tę zaletę, że można sobie znacznie je ułatwić korzystając z różnych dobrodziejstw elektroniki. Pytanie tylko, które z nich rzeczywiście uproszczą podróżowanie, a które będą niepotrzebnym balastem lub też spowodują, że wyprawa będzie zbyt prosta i nie będzie mieć tzw. „smaczku”. Karty SD, microSD, czytnik kart pamięci, adaptery, akumulatory, ładowarki, dodatkowe baterie, smartfon, pendrive’y, telefon komórkowy, aparat cyfrowy – było w czym wybierać.

Koniec końców udało nam się podjąć pewne konstruktywne decyzje, miejmy nadzieję, że trafne. Żeby ułatwić sobie zadanie, skontaktowaliśmy się drogą mejlową z inną parą, Alicją i Andrzejem (loswiaheros), którzy już trzeci rok podróżują po świecie, i którzy udzielili nam kilku cennych wskazówek.

Niełatwo było również dojść do tego, jak będziemy archiwizować zdjęcia, których prawdopodobnie zrobimy dużo, a nawet i więcej. Na szczęście kolega Bartosz S. zgodził się być naszym fotograficznym powiernikiem i obiecał, że sumiennie będzie ściągać z internetu przesyłane mu przez nas fotki i zapisywać na ściśle strzeżonych nośnikach danych. Oczywiście w kilku kopiach. Padła również propozycja, że jedną z nich zakopie w ogródku, co z racji panujących w naszym kraju warunków klimatycznych jest naszym zdaniem niezbyt trafnym pomysłem.

Dziś też miało miejsce próbne „ważenie”. Chodzi oczywiście o wagę plecaków z ekwipunkiem, bo nasza jest nam doskonale znana. Zgodnie z zasadą Bear’a Grylls’a masa bagażu nie powinna przekraczać 25% masy ciała i już jesteśmy pewni, że tak też będzie w naszym wypadku. Oczywiście mamy jeszcze kilka dylematów związanych z tym, bez czego moglibyśmy się obejść, ale są jeszcze dwa tygodnie na spokojne przemyślenie sprawy. A potem pozostanie nam tylko wyruszyć w drogę. Nie możemy się doczekać!

Jedziemy do Cluj!

Jedziemy do Cluj!
My i nasi przyjaciele z Rumunii

Latem 2009 roku autostopowaliśmy z Polski do Bułgarii. Będąc w Rumunii mieliśmy szczęście spotkać fantastyczną parę, która nie dość, że zatrzymała swój samochód właśnie dla nas, zwieńczających „kolejkę” rozpaczliwie machających kciukami autostopowiczów, złożoną z a) księdza b) starszej pani c) nas*, to jeszcze po zaledwie kilkunastu minutach rozmowy zaproponowała nam nocleg we własnym mieszkaniu. I tym sposobem spędziliśmy z Zoltanem i Eszter (czyt. Ester) oraz ich słodziakowym kotem Tommy’m niesamowity weekend. Byli oni naszymi przewodnikami po mieście Cluj, zabrali nas ze sobą na zajęcia salsy, prowadzili z nami niekończące się rozmowy na wszystkie możliwe tematy i poczęstowali nas lokalnymi przysmakami**, w które obfitowała ich lodówka. Zostaliśmy ugoszczeni jak najbliższa rodzina i wyjeżdżaliśmy od nich bogatsi o niezapomniane przeżycia oraz czyste ubrania. Od tej pory utrzymujemy z nimi kontakt przez internet i wysyłamy do siebie kartki na Boże Narodzenie.