Obrazek nagłówka - Paulina i Artur

„To ostatnia niedziela…”

„To ostatnia niedziela…”

No i się jednak nie udało dotrzymać zapowiadanego terminu wyjazdu. Jak mniemamy przyczyną jest zakrzywienie czasoprzestrzeni, które miało miejsce w mijającym tygodniu. Aż dziw bierze, że nie było o tym zjawisku głośno w radio i telewizji. Może odbywające się właśnie igrzyska olimpijskie przyćmiły tę anomalię, a może po prostu dotyczy ona wyłącznie osób, które wybierają się w dłuższą podróż. Tak czy inaczej, mimo najszczerszych chęci zabrakło nam jednej doby na to, żeby móc spokojnie opuścić nasz przytulny, żółty pokój i zamienić go na nieco mniej komfortowy czerwony namiot. Ruszamy jutro z samego rana, licząc na to, że niedzielni kierowcy wcale nie będą „niedzielni” i szybko zajedziemy do celu, który wyznaczyliśmy sobie w okolicach Sandomierza. Może uda nam się pomóc ojcu Mateuszowi w rozwiązaniu jakiejś zagadki kryminalnej? A póki co, słuchając piosenki „Świecie nasz” i oglądając film „Baraka” nastrajamy sie pozytywnie na podróż.

Końca nie widać!

Ktoś mógłby pomyśleć, że jak się planuje podróż dookoła świata, to już miesiąc przed wyjazdem powinno się mieć wszystkie sprawy dopięte na ostatni guzik. My też tak myśleliśmy, a przynajmniej pragmatyczna i praktyczna Paulina. A guzik z tego zapięcia guzika! Mamy wrażenie, że lista spraw do załatwienia rośnie wykładniczo wraz z upływem czasu, czyli ubywaniem dni do naszego wyjazdu. Można by się nawet pokusić o napisanie wzoru funkcji i zrobienie wykresu, ale to może innym razem. Każdego dnia okazuje się, że trzeba lub warto zrobić coś, co wcześniej nie przyszło nam do głowy. Między innymi za sprawą życzliwych osób, które w trosce o powodzenie naszej wyprawy służą nam dobrą radą. Zaczynamy jednak węszyć spisek i zastanawiać się czy rzeczywiście mają na względzie nasze dobro, czy po prostu chcą przeciągnąć nasze przygotowania w nieskończoność i zatrzymać nas na miejsu? :) Ma również miejsce efekt reakcji łańcuchowej – każdy nowy pomysł rodzi następny. Zatem w dalszym ciągu zwiększamy popyt na artykuły turystyczne, z pasją (ale niestety nie z przyjemnością) oddajemy się rozmowom telefonicznym z urzędnikami, pracownikami banków i służby zdrowia oraz optymalizujemy masę bagażu poprzez wymianę lekkich przedmiotów na jeszcze lżejsze. Pomijając tak błahe czynności jak pranie i szycie, bo Artur dopiero teraz zdecydował się, w jakiej odzieży ma zamiar zwiedzać świat.

Wczoraj też na dobre zaczęliśmy przewozić dorobek naszego życia do rodziców Pauliny, którzy zgodzili się użyczyć nam trochę swojej wolnej przestrzeni lokalowej, abyśmy mieli gdzie go przechować do naszego powrotu. Z lekkim smutkiem obserowaliśmy, jak nasze dotychczasowe życie znika w workach i kartonach. Wszystkie rzeczy, które czas na pewno nadszarpnąłby swoim zębem oraz te, które przywitałyby nas w stanie trzeciej lub czwartej nawet świeżości rozdaliśmy lub pożyczyliśmy. Napoje wysokoprocentowe, które jakimś dziwnym trafem nazbierały nam się domu, tworząc całkiem pokaźny „barek”, zostały skonsumowane podczas imprezy w Poznaniu zorganizowanej przez kolegę Tomasza. Tym razem nie Tomasza K., o którym była już mowa wczesniej, ale R. (chociaż Tomasz K. był również obecny w Poznaniu i nie próżnował pomagając nam uwolnić się od tego zbędnego balastu). Przed wszystkimi, którzy stawili czoła wyzwaniu, chylimy czoła nasze, a gospodarzowi dziękujemy za, jak zwykle zresztą, bardzo udany weekend. Przede wszystkim, była to dla nas okazja, żeby pożegnać się z częścią naszych znajomych i przyjaciół.

Na koniec krótki komunikat. O ile nie stanie się nic nieprzewidzianego, ruszamy 4 sierpnia. Amen.

* nie dotyczy osobistej rozmowy z pracownikami urzędu skarbowego :)

Tygodniowy zawrót głowy

Tak nas pochłonęły przygotowania do wyjazdu, że nie mieliśmy ani czasu, ani głowy do tego, żeby zająć się blogowaniem. Jak się okazuje, nawet błahe z pozoru sprawy mogą pochłonąć dużo czasu, wymagać wiele cierpliwości i zmuszać do podejmowania trudnych decyzji. Zdecydowaną większość potrzebnych nam rzeczy zgromadziliśmy już wcześniej, a także pozałatwialiśmy już wszystkie najważniejsze sprawunki, jednak trochę jeszcze do zrobienia zostało i miniony tydzień był dla nas dość pracowity.

I tak na przykład o mało co nie zgubilismy się w gąszczu dostępnych na rynku palników gazowych, naczyń turystycznych i innych sprzętów, dzięki którym nie padniemy z głodu w sytuacji, gdy dane nam będzie spędzić noc na łonie natury.

Inna sprawa: finanse. Czy bardziej opłaca się mieć konto w dolarach, czy w euro? Ile kart debetowych zabrać – jedną, dwie, a może pińcet? Wiza czy Masterkard? Ten bank czy tamten? Jaki limit wypłat z bankomatów? Pozamykać posiadane konta i zrezygnować z kart czy nie? Ech…

Życie w XXI wieku ma tę zaletę, że można sobie znacznie je ułatwić korzystając z różnych dobrodziejstw elektroniki. Pytanie tylko, które z nich rzeczywiście uproszczą podróżowanie, a które będą niepotrzebnym balastem lub też spowodują, że wyprawa będzie zbyt prosta i nie będzie mieć tzw. „smaczku”. Karty SD, microSD, czytnik kart pamięci, adaptery, akumulatory, ładowarki, dodatkowe baterie, smartfon, pendrive’y, telefon komórkowy, aparat cyfrowy – było w czym wybierać.

Koniec końców udało nam się podjąć pewne konstruktywne decyzje, miejmy nadzieję, że trafne. Żeby ułatwić sobie zadanie, skontaktowaliśmy się drogą mejlową z inną parą, Alicją i Andrzejem (loswiaheros), którzy już trzeci rok podróżują po świecie, i którzy udzielili nam kilku cennych wskazówek.

Niełatwo było również dojść do tego, jak będziemy archiwizować zdjęcia, których prawdopodobnie zrobimy dużo, a nawet i więcej. Na szczęście kolega Bartosz S. zgodził się być naszym fotograficznym powiernikiem i obiecał, że sumiennie będzie ściągać z internetu przesyłane mu przez nas fotki i zapisywać na ściśle strzeżonych nośnikach danych. Oczywiście w kilku kopiach. Padła również propozycja, że jedną z nich zakopie w ogródku, co z racji panujących w naszym kraju warunków klimatycznych jest naszym zdaniem niezbyt trafnym pomysłem.

Dziś też miało miejsce próbne „ważenie”. Chodzi oczywiście o wagę plecaków z ekwipunkiem, bo nasza jest nam doskonale znana. Zgodnie z zasadą Bear’a Grylls’a masa bagażu nie powinna przekraczać 25% masy ciała i już jesteśmy pewni, że tak też będzie w naszym wypadku. Oczywiście mamy jeszcze kilka dylematów związanych z tym, bez czego moglibyśmy się obejść, ale są jeszcze dwa tygodnie na spokojne przemyślenie sprawy. A potem pozostanie nam tylko wyruszyć w drogę. Nie możemy się doczekać!

Jedziemy do Cluj!

Jedziemy do Cluj!
My i nasi przyjaciele z Rumunii

Latem 2009 roku autostopowaliśmy z Polski do Bułgarii. Będąc w Rumunii mieliśmy szczęście spotkać fantastyczną parę, która nie dość, że zatrzymała swój samochód właśnie dla nas, zwieńczających „kolejkę” rozpaczliwie machających kciukami autostopowiczów, złożoną z a) księdza b) starszej pani c) nas*, to jeszcze po zaledwie kilkunastu minutach rozmowy zaproponowała nam nocleg we własnym mieszkaniu. I tym sposobem spędziliśmy z Zoltanem i Eszter (czyt. Ester) oraz ich słodziakowym kotem Tommy’m niesamowity weekend. Byli oni naszymi przewodnikami po mieście Cluj, zabrali nas ze sobą na zajęcia salsy, prowadzili z nami niekończące się rozmowy na wszystkie możliwe tematy i poczęstowali nas lokalnymi przysmakami**, w które obfitowała ich lodówka. Zostaliśmy ugoszczeni jak najbliższa rodzina i wyjeżdżaliśmy od nich bogatsi o niezapomniane przeżycia oraz czyste ubrania. Od tej pory utrzymujemy z nimi kontakt przez internet i wysyłamy do siebie kartki na Boże Narodzenie.

No to zdrówko!

Lekarz od chorób tropikalnych „zaliczony”. Już pierwsze pytanie w gabinecie: „Do jakich krajów się państwo wybieracie i ile dni macie zamiar w każdym z nich spędzić?” okazało się dla nas zbyt trudne. Na szczęście pan doktor był bardzo elastyczny i udało nam się uzyskać rzetelną poradę pomimo, iż większość naszych odpowiedzi brzmiała: „Yyyyyyy, nie wiemy.” albo „Może…” lub „To się okaże!”. Pozostaje nam tylko zrealizować receptę na lek Malarone, który, mamy taką nadzieję, nie będzie nam potrzebny. Zgodnie z zasadą, która mówi, że jak weźmiesz ze sobą parasol, to nie bedzie padać. Padać w czasie naszej wyprawy oczywiście będzie i to wcale nie dlatego, że nie bierzemy parasola. Ale z komarami walczyć będziemy na wszystkie możliwe sposoby, bo nie godzimy się na to, żeby nieproszone robiły sobie wyżerkę z naszej krwi. Tym bardziej, że zamiast nam za ten pożywny posiłek uprzejmie podziękować, mogą nam podrzucić jakieś paskudztwo. Zatem: zapas repelentu z DEET – jest! ubrania z długimi rękawami – obecne! Malarone w dawce uderzeniowej – będzie! moskitiera – tego dźwigać z PL nie będziemy, kupimy, jak zajedziemy w rejony, gdzie będzie niezbędna. Co do innych spraw związanych ze zdrowiem, to w związku z naszymi wcześniejszymi podróżami jesteśmy zaszczepieni na wszystko, na co trzeba lub warto się zaszczepić (żółta febra, WZW A, WZW B, dur brzuszny, błonica, tężec, polio, krztusiec, meningokoki A+C). Szczepienie przeciwko cholerze sobie odpuściliśmy, bo działanie tej szczepionki, jak to pan doktor ładnie ujął, jest „co najwyżej średnie”, a na wściekliznę nie ma sensu, bo i tak po ugryzieniu trzeba popylać jak najszybciej do lekarza po surowicę albo jeszcze jedną dawkę szczepionki. Apteczka oczywiście też znajdzie się w naszym plecaku, ale tylko z artukułami „must have” – nie będziemy zabierać połowy apteki. Nie jedziemy na misję Czerwonego Krzyża, więc nie ma co przesadzać. W razie czego wszystko można (prawie) wszędzie kupić, o czym przekonaliśmy się już nie raz. Poza tym podstawowa zasada w podróży brzmi „Nie lecz się sam, jak nie wiesz, co ci dolega”. Ubezpieczenie mamy wykupione, więc w razie czego z niego skorzystamy i udamy się z wizytą do fachowca. W najgorszym przypadku pozostanie lokalny znachor lub dziewczyna szamana.

P.S. Prosimy nie traktować tego wpisu jako porady medycznej, a jedynie subiektywnego opisu przygotowań do podróży w zakresie ochrony zdrowia. Pamiętaj, żeby przed wyjazdem za granicę skonsultować się z lekarzem lub farmaceutą, bo opieranie się jedynie na informacjach zawartych w internecie może zagrażać twojemu życiu lub zdrowiu.

„Niech cały świat myśli, że jesteś szalony”

„Niech cały świat myśli, że jesteś szalony”

Wczoraj w porze obiadowej raczyliśmy się popisowym daniem Pauliny, czyli sambarem z czapati. Nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego, gdyby nie fakt, że miało to pewien wydźwięk symboliczny – posiłek zgodnie podsumowaliśmy jednym zdaniem: „Następne indyjskie danie zjemy w Indiach!” I tego będziemy się trzymać, żeby mieć większą motywację w trudnych chwilach zwątpienia/zmęczenia/tęsknoty, które niewątpliwie nas czekają w trasie. W końcu kuchnia indyjska to raj dla podniebienia i sama w sobie może stanowić wystarczający powód, żeby się spakować i ruszyć tyłek w stronę Indii.

Zaczynamy!

Nie, jeszcze nie wyruszyliśmy w podróż. Za to ku uciesze tych niecierpliwców, który denerwowali się, że ociągamy się z uruchomieniem bloga, w końcu możemy to uczynić. Dopiero teraz, bo czekaliśmy, aż Artur zbierze się w sobie i zdecyduje poinformować swojego pracodawcę, że odchodzi z firmy. Zatem nie ma już odwrotu. Cały świat wie i wycofać się teraz zwyczajnie nie wypada.

Jak mawiał klasyk: „Mamusię oszukasz, tatusia oszukasz, ale życia nie oszukasz”. Dlatego basta! Koniec z kuglarstwem. Lekko znudzeni korporacyjną egzystencją i obowiązkami gospodyni domowej, pragniemy zrealizować nasze marzenie – podróż przez duże żet. Na początku sierpnia wyruszamy autostopem z Bydgoszczy w kierunku Ukrainy, a dalej historia sama się napisze. My tylko będziemy jej fragmenty publikować na blogu, a do dnia wyjazdu zamieszczać relacje z przygotowań. Miło nam będzie, jeśli staniecie się częścią naszej podróży, przeżywając ją razem z nami – ten blog ma Wam to ułatwić. A pewnego dnia, kto wie, może spotkamy się gdzieś na tym wielkim świecie?