Gościnność po Rumuńsku

Gościnność po Rumuńsku
Pokaz mody w stylu Maramuresz

Siedzimy z tyłu przypięci pasami w karetce. Przez zaklejone okna widać niewiele, a szkoda, bo wjechaliśmy w góry i właśnie przesuwa się pofalowany krajobraz. W środku znajduje się też starszy pan. Chybocze się niefrasobliwie na zakrętach, ma plaster na ramieniu, bardzo mruży oczy, więc gdy pokazujemy mu mapę, mamy wątpliwości czy widzi nazwy miast. Generalnie wygląda jakby sam potrzebował hospitalizacji. Jakby tego było mało, po chwili wyjmuje i zapala papierosa. Z wielką wprawą zaciąga się, jego wargi wchodzą do wewnątrz ust na dwa centymetry. Gdy wydmuchuje dym, ten zamiast dolecieć do okna, leci prosto na nas. Jako, że naszym pierwszym autostopem w życiu była karetka, zastanawiamy się, co szykuje dla nas dzisiaj los.

W tej pięknej scenerii za chwilę Jonuc zaprosi nas do siebie

Jakiś czas później jedziemy już z Jonucem rozmawiając o globalizacji, Unii Europejskiej, różnicach kulturowych. Jonuc wysuwa śmiałą tezę, iż kultura europejska chyli się ku upadkowi, podobnie jak niegdyś kultura rzymska. Z przykrością stwierdzamy, że może mieć rację. Robimy przystanek na wzniesieniu, gdzie znajduje się punkt widokowy. Podziwiamy górskie pejzaże i z zaciekawieniem oglądamy stado krów przechodzące przez ulicę. Po chwili Jonuc zaprasza nas do domu na noc, stwierdzając, że skoro mamy jechać nie wiadomo gdzie i spać pod namiotem, to możemy poznać jego rodzinkę. Cieszymy się, że poznamy typową rumuńską wieś w Maramuresz od środka.

Na miejscu zastajemy całą ekipę: rodziców Jonuca, jego żonę Mirabelę, córeczkę Irinę, siostrę Ancutę oraz Anthonet – Holenderkę, która przyjechała pisać pracę magisterską na temat wsi w rejonie Maramuresz. Jonuc wraz z siostrą wychowali się tutaj, teraz żyją w miastach, ale z radością wracają, gdy mają wolny czas.

Gospodarstwo składa się z dwupiętrowego, pustakowego domu. Na parterze mieszkają gospodarze, a na piętrze znajdują się pokoje dla wymiennej części rodziny. W tyle znajduje się drewniana obora, królestwo mleka i paszy, w którym najwyżsżą władzę sprawują krowy i świnie. A obok retro wychodek. Przed oborą widać tajemniczy, drewniany dom. Jak się potem okazuje jest to budynek, w którym mieszkali dziadkowie Jonuca. Obecnie dom składa się z dwóch izb, a jedna piękniejsza od drugiej. W obu niebieskich pomieszczeniach znajdują się malowane obrazy otoczone ręcznie robionymi haftami, tradycyjna haftowana pościel, ciężkie koce z owczej wełny. Całość dopełniają stylowe, stare meble, krzesła, piec i sekretarzyk. Wszystko ładnie utrzymane i mogące uchodzić za skansen. Cała rodzina stara się zachować ten dom jako świadectwo kultury. Gdy już zacieramy ręce do wbijania śledzi, okazuje się, że będziemy nocować w tym żywym muzeum.

Gospodarze nie dają nam odpocząć, natychmiast zasiadamy do stołu. Jest ładna pogoda, więc jemy na zewnątrz. A do jedzenia same przysmaki – mamałyga, dwa rodzaje domowego chleba – jeden tradycyjny, drugi z kukurydzy, do tego pasta z bakłażana, zupa warzywna, szarlotka, no i gruszki prosto z drzewa, którego gałęzie rozpościerają się nad stołem. Próbujemy wszystkiego po trochu, a nasze kubki smakowe walą pięścią w język z rozkoszy. Całość igrzysk dopełnia rumuńskie wino znad morza oraz woda z lokalnego źródełka. Pogaduchom nie ma końca.

Poranek przy chatce

Rano budzimy się i przez moment nie wiemy. gdzie jesteśmy. Rozglądając się po niebieskiej izbie przypominamy sobie zdarzenia dnia poprzedniego. Wychodzimy na ganek, słońce ogrzewa nas delikatnie. Zdzwiona krowa wygląda z obory, odzywa się pytająco „mu?”, po czym wraca do siebie. Dopiero teraz zauważamy, że do gospodarstwa prowadzi rzeźbiona, drewniana brama charakterystyczna dla Maramuresz. Zaraz pojawia się Edi – pies, który początkowo się nas bał, ale przekupiliśmy go głaskaniem. Najlepszy przyjaciel Ediego to kot. Teraz go nie ma, ale wczoraj zwykle obserwowaliśmy sytuację, gdy kot sobie szedł, Edi dopadał go i gryzł delikatnie w szyję, na co kot miałczał, oswabadzał się i szedł dalej. Całość powtarzała się do momentu, gdy kot znalazł sobie kryjówkę.

Po lekkim rozbudzeniu przychodzi pora na śniadanie. Kubki smakowe trochę odpoczęły w nocy, teraz znowu wariują. Do bohaterów dnia poprzedniego: mamałygi i chleba dochodzą następne specjały: domowy dżem czy mleko prosto od krowy. Ancuta znika na moment i po chwili wraca z pomidorami. Przyniosła je z ogrodu, a my żartujemy, że w takiej wiosce nie potrzeba sklepu. Każdy ma swoje warzywa czy owoce, a resztę może kupić od sąsiada. Przy okazji Ancuta mówi nam, iż jeśli dużo pada to pomidory w ogródku nie wzrastają. Dzieje się tak dlatego, iż deszcz w tym rejonie jest toksyczny. Pamiątka po Czarnobylu. Byli tutaj naukowcy i badając źródła wody stwierdzili, iż zawartość uranu przekracza normę. Nie ma nic lepszego na trawienie jak szklanka wody ze szczyptą uranu.

Po śniadaniu Ancuta musi odebrać od sąsiadki ręcznie robiony strój. Sąsiadka mieszka na drugim końcu wioski, zatem z chęcią idziemy na spacer. Podziwiamy tradycyjne drewniane domy z charakterystycznymi bramami, odwracamy wzrok od ceglanych. Tutaj postęp też jest widoczny. Przy kilku domach spostrzegamy wieszak na garnki wysoki na dwa metry. Ancuta wyjaśnia nam, iż kiedyś symbolizowało to pannę na wydaniu. Przechodzimy obok starej drewnianej cerkwi wpisanej na listę dziedzictwa światowego Unesco. Pomimo tego do wioski trafia niewielu turystów, więc kościół jest zamknięty, a przez okno niewiele widać. Dom sąsiadki okazuje się z zewnątrz tradycyjnym, drewnianym, ale wnętrze jest nowoczesne.

Po powrocie idę z Jonucem po wodę do lokalnego źródełka. Droga prowadzi w dół ze wzgórza, na którym położona jest wioska. Po drodze mijamy zapomniany żydowski cmentarz. Widzimy kilka betonowych nagrobków i ledwie zarysy gwiazdy Dawida. Gdy dochodzimy do źródełka, okazuje się, że jest mała kolejka. Czekamy cierpliwie. Jonuc rozmawia ze spotkanym sąsiadem, a ja z ciekawością obserwuję ludzi koszących pole kosą. W końcu przychodzi nasza kolej. Przy pomocy metalowego kubka nalewamy wysokosodowej wody do butelek. Sama woda nieco ryj wykręca.

Pokaz mody w stylu Maramuresz

W tym samym czasie Paulina przebiera się w tradycyjny strój z regionu Maramuresz. Przebieranie zajmuje trochę czasu i jest swego rodzaju rytułałem. Białe skarpety, skórzane trzewiczki, kwiecista spódnica, biała koszula, kamizelka z owczej wełny, koraliki i chusta po kolei znajdują swoje miejsce na Paulinie. Efekt jest piorunujący. Dołączam do niej ubierając białą koszulę i spodnie tak szerokie, że bez problemu mógłbym wejść w jedną nogawkę. Cieszymy się jak głupki i robimy sobie sesję fotograficzną w tradycyjnym domu, a potem na zewnątrz. Jesteśmy w szoku, gdy dowiadujemy się, że damski strój kosztuje około dwa i pół tysiąca euro. Całość to ręczna robota i nawet zrobienie samego materiału na strój wymaga poświęcenia kilku miesięcy. Chodzimy trochę po gospodarstwie, a wszyscy mówią, że wyglądamy ładnie.

Baranina przed przygotowaniem

Jonuc wczoraj narobił mi apetytu, mówiąc, że jutro będzie przyrządzał specjalnie przyprawioną baraninę, którą przywiózł znad morza. Kiedy wstał, zabrał się od razu za przygotowanie paleniska, po czym ustawił garnek na ogniu i zaczął gotować. Ancuta zażartowała, że jej brat jest dobrym kucharzem, ale gotuje same dziwne rzeczy. Za każdym razem, gdy przechodziliśmy obok paleniska czułem oszałamiający zapach i nie mogłem się doczekać. W końcu nadchodzi pora konsumpcji. Dumny Jonuc czyni honory i nakłada gulasz z baraniny na ostro. Mięso podane, z legendarną już mamałygą jest przepyszne. Z zewnątrz brązowe, wewnątrz brunatne, idealnie miękkie, bez oporu poddaje się ostrzom noża, by po chwili zniknąć w otchłani miażdżone przez zęby. Kubki smakowe kompletnie wariują i właśnie załatwiły sobie miejsce w szpitalu psychiatrycznym. Po tej uczcie na stole pojawia się dawno niewidziany przeze mnie trunek – palinka. Dowiaduję się, że w tych rejonach nazywają ją horinką. Jest to wysokoprocentowy trunek ze śliwek. Po wypiciu jednego kieliszka wypala delikatnie przełyk, tak, że można poczuć dokładnie swój przewód pokarmowy. Wypijam kieliszek i stwierdzam, że smakuje dokładnie jak trzy lata temu.

Po tak wybornej uczcie przychodzi nam się pożegnać z całą ekipą i pognać na północ. Kiedy jedziemy ciężarówką dalej przez góry, baranina lekkoprzewraca się w żołądku, wspomnienia delikatnie szumią w głowie. Mieliśmy okazję spędzić dwa dni w tradycyjnej wiosce, spać w tradycyjnym domu, poznać świetną rodzinę, zobaczyć jak pies męczy kota czy skosztować wody z domieszką uranu – definitywnie karetka przyniosła nam szczęście. I rozważamy jak wiele rzeczy mogło potoczyć się inaczej lecz wtedy nie spotkalibyśmy Jonuca i jego rodzinki na swojej drodze. Ktoś u góry musi czuwać.

Dodaj komentarz