Obrazek nagłówka - Paulina i Artur

Wszystko w temacie

29 Artykułów

Makhtesh znaczy kanion

Makhtesh znaczy kanion

Dzień 10. Mitspe Ramon

Wstajemy rankiem i sprawdzamy czy lodówce się nie ulało. Jest dobrze czyli sucho. Po śniadaniu idziemy wzdłuż lotniska, aż w końcu mijamy je i łapiemy stopa. Pogoda dzisiaj dokazuje, wieje mocny, zimny i nieprzyjemny wiatr. Jesteśmy przygotowani na długi dzień na drodze, gdyż chcemy jechać przez mniej uczęszczaną drogę. Na szczęście po chwili zatrzymuje się kierowca, który jedzie w naszym kierunku.

Autostop w głębokiej depresji

Autostop w głębokiej depresji

Dzień 6. Morze Martwe

Wstajemy dość wcześnie, gdyż dzisiaj trzeba wiele zrobić. Najpierw idę na zwiad szukać bankomatów. Udaje mi się dopiero za piątym razem, ponieważ bankomaty nie są uzupełniane w szabat. Zaopatrzeni w szekle, jedziemy na wylotówkę. Sytuacja wygląda dość ciekawie, gdyż tutaj samochody same się zatrzymują i to kierowcy pytają ludzi, dokąd jadą.

Ale Kołomyja!

Ale Kołomyja!

Ktoś, po przeczytaniu tytułu tego posta, mógłby mnie zganić za błąd ortograficzny. Tym mniej zorientowanym w geografii od razu spieszę z wyjaśnieniem, że Kołomyja to nazwa miasta na Ukrainie, a także jednej z polskich wsi, a nie tylko rzeczownik oznaczający zamieszanie, zamęt. W związku z tym wielka litera K w tytule ma jak najbardziej rację bytu. No dobrze, ale gdzie Rzym, a gdzie Krym, czyli co to ma wspólnego z Finlandią? Ano trochę ma. Bo to właśnie w ubiegłą niedzielę Artur wykrzyknął: „Ale Kołomyja!”, gdy w strugach deszczu próbowaliśmy złapać autostop z Savonlinny do Juvy. No tak, to nadal niczego nie wyjaśnia. Otóż Kołomyja kojarzy nam się i już zawsze będzie się nam kojarzyć z wyjątkowo paskudnym autostopowym dniem na Ukrainie, kiedy to od rana do wieczora ktoś bez przerwy lał na nas z nieba wiadrami deszcz, a my mimo to desperacko próbowaliśmy dostać się na umówiony nocleg do Kołomyi (patrz: Jeden dzień z życia autostopowicza). Powtórka z tej wątpliwej rozrywki przydarzyła nam się właśnie trzy dni temu, ale zacznijmy jednak od samego początku…

Jeden dzień z życia autostopowicza w Korei

Jeden dzień z życia autostopowicza w Korei

Budzimy się i sennie patrzymy na zegarek. Na miejscu odpowiedzialnym za wyświetlanie godzin mieni się liczba sześć. Wstajemy wcześnie, gdyż jest po temu świetna okazja. Dzisiaj sprawdzamy w praktyce autostop w Korei – do pokonania ponad 400 kilometrów. Cel miejscowość Donghae w Gangwon-do czyli wschodnie wybrzeże. Mapa przestudiowana, najlepsza marszruta wytyczona, plecaki spakowane, kompas został w Polsce. Możemy wyruszać.

Ach te Indie!

Ach te Indie!
Ramkund

Pobyt w Bombaju będziemy wspominać bardzo miło z wielu powodów, jednak nasza przygoda z Indiami tak naprawdę na dobre rozpoczęła się wraz z jego opuszczeniem. A to wszystko za sprawą magicznej mocy autostopowania i nieprzewidywalności zdarzeń, które następują po wyciągnięciu ręki w kierunku jezdni.
Ale zanim przejdę do rzeczy, kilka obserwacji dotyczących przemieszczania się autostopem po Indiach (dane do dnia 23.11.12 – nasza opinia może jeszcze ulec zmianie). Indyjskie drogi można podsumować jednym stwierdzeniem: ‚Dobrze, że są’. Ich stan pozostawia wiele do życzenia, oznakowanie delikatnie mówiąc jest nieprzejrzyste, a ograniczenie prędkości do 60km/h na płatnej ‚autostradzie’ może wydawać się nieco abstrakcyjne. Nam wydało się być zbędne, bo ruch na drogach często jest tak ‚gęsty’ i chaotyczny, że pojazdy i tak rzadko są w stanie jechać szybciej. Uczestnikami ruchu w ciągu dnia są głównie wlokące się, przeładowane ciężarówki marki tata, motocykle i skutery prowadzone przez kierowców niestosujących się do zasad ruchu drogowego, moto-riksze, wozy zaprzężone w bawoły zajmujące cały pas, święte(?) krowy, tłumy pielgrzymów blokujących ruch i inni. Chociaż musimy przyznać, że trasa Aurangabad – Pune bardzo pozytywnie nas zaskoczyła. Może dlatego, że jechaliśmy późnym wieczorem i ruch na drodze był znośny. Co do samej idei autostopowania,

Iran praktycznie

Iran praktycznie

Zebraliśmy trochę informacji praktycznych dla osób wybierających się do Iranu.

Pieniądze

Z powodu sankcji w Iranie nie działają zagraniczne karty bankomatowe. Zatem jedyną możliwością kupna riali jest przywiezienie twardej waluty – dolarów, euro, funtów. Z naszej obserwacji wynika, że najlepiej zabrać dolary i to te z dużymi głowami. Nie ma też specjalnych preferencji związanych z nominałami. Udało się nam również zrobić taką akcję, że mając banknot 50-dolarowy wymieniliśmy 5 dolarów na riale, a resztę dostaliśmy w dolarach. Trzeba wiedzieć, że dla każdej waluty w Iranie są dwa kursy – oficjalny i nieoficjalny. Jeżeli chcemy kupić riale to nieoficjalny jest o wiele korzystniejszy, a sama wymiana o wiele szybsza. Pieniądze można wymienić w każdym większym mieście. W wymianach specjalizują się sklepy z szyldem ‚exchange’. Nierzadko można również wymienić walutę w sklepach przy bazarze. Trzeba popytać ludzi, aby znaleźć odpowiednie miejsce. Jeżeli wjeżdżacie do Iranu od strony Turcji bądź Armenii to najpewniej zatrzymacie się w Tabrizie. Nasser z informacji turystycznej pomoże wymienić pieniądze w pobliskim sklepie z książkami. Całość jest totalnie bezpieczna. Informacja turystyczna znajduje się przy bazarze, a sam Nasser jest skarbnicą wiedzy o Iranie. W Teheranie znajduje się mnóstwo kantorów przy ulicy Ferdosi. Dodatkowo każdy z nich ma tablicę z kursami kupna i sprzedaży, więc można łatwo się zorientować, ile powinno się dostać pieniędzy. Na granicy armeńsko-irańskiej w Megri znajduje się również kantor, który ma nieoficjalne kursy. Są one wypisane na tablicy. W tym miejscu oprócz trzech wspomnianych walut można wymienić również armeńskie dramy. Na lotnisku w Teheranie pieniądze po korzystnym kursie można wymienić przy hali z bramkami.

Namiot? Nie ma mowy!

Namiot? Nie ma mowy!
Mohammed i spółka

Żeby spędzić noc w namiocie na terytorium państwa o wdzięcznej nazwie Islamska Republika Iranu trzeba wyjechać na pustynię. Tylko w tak nieprzyjaznym dla życia środowisku istnieje szansa, że nie spotkamy nikogo, kto udaremni nasz plan zanocowania ‚pod chmurką’ przemocą zaciągając nas do swojego domu. Jesteśmy przekonani, że gdyby irański wielbłąd miał swoje M3, to nie mielibyśmy szans nawet na piaszczystym bezludziu. Nam trudna sztuka rozstawienia namiotu w Iranie udała się tylko raz, w Maranjob, właśnie podczas wyprawy na pustynię. W innych miejscach niestety polegliśmy. Irańska gościnność, uczynność i pozostawanie w stanie gotowości do pomocy 24 godziny na dobę jest trudna do opisania. Żeby zrozumieć ten fenomen, trzeba go doświadczyć na własnej skórze. Mamy jednak nadzieję, że poniższe zapiski chociaż trochę przybliżą Wam nasze przeżycia. Jest to oczywiście tylko kropla w morzu irańskiej życzliwości.

W żadnym kraju nie poznaliśmy bliżej tylu osób, co w Iranie. Oto galeria ‚zasłużonych’. W rolach głównych Ci wspaniali Irańczycy, których postacie udało nam się uwiecznić na zdjęciach. Wszystkim za wszystko, co dla nas zrobili bardzo dziękujemy!