W stolicy jest czysto

W stolicy jest czysto

Mińsk

Miasto to praktycznie zostało zmiecione z powierzchni ziemi po Drugiej Wojnie Światowej. Dało to pole do popisu radzieckim dygnitarzom i planistom. Szerokie ulice, multum teatrów i na całej Białorusi tylko tutaj znajdziesz popularny fast food spod znaku klauna.

Mimo iż wstajemy jeszcze wcześniej niż wczoraj, to czujemy się nadzwyczaj rześko. Za oknem pochmurno i wiatr. Fińskie lato w pełni. Powtarzamy scenariusz z wczoraj – Dymitrij podwozi nad pod zakład pracy. Na miejscu okazuje się, że wszystkie ciężarówki wyjechały akurat dzisiaj wcześniej. Nasz gospodarz niestrudzenie szuka samochodów na CB radio, zatrzymuje kilka maszyn, a na końcu wysadza nas na obwodnicy, a sam czeka aż coś złapiemy. Nie trwa to długo zanim zatrzymuje się chłopak, który podwozi nas 25 kilometrów, skąd łapiemy stopa prosto do Mińska. Zostajemy wysadzeni przy obwodnicy gdzie wyrasta gromada wieżowców. Posilamy się w supermarkecie, a potem metrem jedziemy na dworzec kolejowy. Tam udajemy się do przechowalni bagażów. Najpierw w okienku płacimy za usługę znudzonej starszej pani. Dostajemy kwitek i idziemy do innego okienka gdzie pan zabiera nasze bagaże na wózeczku, a w zamian daje numerek. Uwolnieni od naszych plecaczych skorup idziemy zwiedzać. Najpierw siedzimy sobie na Placu Niepodległości, na postumencie dumnie pręży się Lenin, a w tle rozpościera się masywny budynek parlamentu. Potem spoczywamy w parku patrząc na pomnik zamyślonego Mickiewicza. Następnie, już przy kawie, obserwujemy pracownika wspomnianego fast foodu jak niemrawo wyciera krzesła i ławeczki. Przechodzimy do Nowego Miasta, potem do Starego Miasta, które, zupełnie bez klimatu, stoi jak gdyby wciśnięte tutaj na siłę. Zachodzimy do paru kościołów, przechodzimy obok Pałacu Republiki, okrągłego budynku cyrku, który wcale nie jest namiotem. Po pomoście wchodzimy na Wyspę Łez, na której znajduje się pomnik matek opłakujących swoich synów walczących w Afganistanie. Wchodzimy do Domu Towarowego ГУМ, gdzie sprzedają sędziwe panie, ubrane w coś na pokrój mundurków harcerskich, a na koniec wchodzimy do pubu, w którym to próbuję kraftowe piwo z białoruskiego browaru. Zmęczeni, wracamy na dworzec, odbieramy bagaże i udajemy się do mieszkania Dimy. Okazuje się, że będziemy dzielić mieszkanie w szóstkę, gdyż nasz gospodarz zaprosił jeszcze trójkę autostopowiczów z Ukrainy. Przy pielmieni z ukwaszoną śmietaną rozmawiamy po polsku, rosyjsku i angielsku.

Od dzisiaj mamy być legalnie na terenie Białorusi. Aby to miało miejsce musimy zarejestrować się w urzędzie pod białoruskim adresem. To właśnie Dima zaprosił nas do swojego kraju i jak prawdziwy profesjonalista poprowadzi nas za rękę w tym biurokratycznym gąszczu. Dzisiaj po raz kolejny pogoda nas nie rozpieszcza, od samego rana pada deszcz. W tej mrocznej scenerii najpierw podjeżdżamy do banku uiścić kolejną już opłatę związana z naszym pobytem tutaj. Dima bierze nasze paszporty, podchodzi do okienka i robi swoją magię. Potem, ciągle w deszczu, idziemy do pobliskiego biura, bierzemy formularze i rozpoczynamy wypełnianie: w tej rubryce łacińskimi literami, w tamtej cyrlicą. Kiedy już wszystko jest uzupełnione, z biura wychodzi pani w mundurze i zaklucza drzwi. Na nieśmiało zadane pytanie, kiedy wróci, w ogóle nie odpowiada. No nic. Czekamy dalej. W końcu przychodzi inny uniform z inną kobietą w środku. Wchodzimy do pokoju, urzędniczka o coś pyta podniesionym głosem, Dima spokojnie odpowiada. Znowu wychodzimy do holu, a po chwili słychać odgłos przybijanej pieczęci – to dobry znak. Wychodzimy z wbitą pieczątką. Wracamy do domu i spędzamy tam cały dzień odpoczywając. Wieczorem w podzięce robimy kolację naszemu gospodarzowi i całej ukraińskiej ferajnie, która zwiedzała dziś mokry Mińsk.

Wstajemy niespiesznie, ukraińska wycieczka już dawno wyszła na pociąg. Dima mówi nam, że przyjeżdżają do niego znajomi na tą noc i też chcą iść do cyrku, więc kupuje im miejsca obok nas. Jedziemy na miasto, tym razem autobusem. Wysiadamy obok budynku wystawienniczego, który przypomina uszatą głowę. Zgodnie chrzcimy go imieniem „Uszaty”. Obok znajduje się szklano metalowy i ogrodzony dość wysokim płotem pałac prezydencki czyli dom Łukaszenki. Trochę nam burczy w brzuchach, więc kierujemy swoje kroki do pobliskiej stołówki, bierzemy tacę, a podstarzała pani nakłada to, co chcemy. Wracamy na szlak i podążając wzdłuż jeziora dochodzimy do Muzeum Wielkiej Wojny Ojczyźnianej. W radzieckiej propagandzie jest to okres od momentu ataku hitlerowskich Niemiec na Rosję do momentu zdobycia Berlina przez Armię Czerwoną. Wśród zwiedzających największy szał robią czołgi, samoloty, działka i inne pojazdy umieszczone w środku. Co zwraca naszą uwagę to fakt, że wystawy poprzeplatane są zdjęciami bohaterów wojennych, których jest po prostu mnóstwo. Wałęsamy się jeszcze trochę po mieście oglądając budynki, siedząc na ławce w parku i kontemplując pomniki, w tym uwydatniony na postumencie radziecki czołg-oswobodziciel, który podczas wojny jako pierwszy wjechał do Mińska. W końcu idziemy w kierunku budynku (nie namiotu) cyrku i widzimy jak ludzie już delikatnie się tłoczą. Wchodzimy przez drzwi i mimo iż pozostał jeszcze kwadrans, to we wnętrzu wyłożonym marmurem ludzi jest jeszcze więcej. Dzieciaki robią sobie zdjęcie na wielbłądzie, tłum tłoczy się przy stanowisku z popcornem i z innymi pełnymi curku używkami. Przez arenę wchodzimy do środka i zajmujemy miejsce przy znajomych Dimy. Zaczyna się, na scenę wchodzi dyrektor i coś tam gaworzy, dalej kolejno akrobaci, tancerze, wszelkiej maści treserzy: kotów, psów, wielbłądów. Największe wrażenie robią na nas tancerze, którzy poruszają się w rytm muzyki na kole podwieszonym pod sufitem. Ale i tak wiadomo, że największe szoł w cyrku robią klauni – i cyrk w Mińsku nie jest tutaj wyjątkiem. Dwójka zabawia ludzi wywołując salwy śmiechu nie tylko wśród dzieci, ale też wśród dorosłych. Po przerwie występuje jeszcze magik, który który to pojawia się, to znika, przecina swoje asystentki, które potem okazują się wyjść z tego bez szwanku. Po seansie jedziemy do domu i przy zastawionym stole gaworzymy w różnych językach.

Z zawodu programista, z zamiłowania birofil i piwowar domowy, rocznik ’84. O piłce nożnej wie wszystko i wszędzie. Fan Realu Madryt, obudzony w środku nocy potrafi wymienić zawodników „Królewskich” według wzrostu lub rozmiaru buta. Trudno w to uwierzyć, ale jest miłośnikiem filmów z Adamem Sandlerem. Uwielbia jajka (kurze) w każdej postaci, nie może obejść się bez wygodnych spodni i opaski na oczy do spania. Chwile przed zaśnięciem spędza z książką w ręku, zdarza mu się również czytać w kąpieli. Dowcipas, wygłupas, wiecznie młody duchem optymista. Typ poleceniowca, człowiek „last minute” – co ma zrobić późno, zrobi jeszcze później. Obdarowany niespotykanym talentem do gniecenia, plamienia i darcia ubrań. W opinii Pauliny mężczyzna prawie idealny. Podróże są dla niego solą życia, eksplorowanie nieznanego przyprawia go o gęsią skórkę, a o wyprawie dookoła świata marzył zanim jeszcze się urodził.

Dodaj komentarz