Leniwy dzień w Inari

Leniwy dzień w Inari

Na dzisiaj zaplanowaliśmy sobie rekreacyjny dzień w Inari i Ivalo. Jak wielokrotnie mieliśmy okazję się przekonać: jeśli chodzi o Finlandię, to publiczny transport i turystyka zwykle nie idą w parze. Dlatego właśnie rano tworzę piękną tabliczkę z nazwą miejscowości i stajemy na przystanku z intencją łapania przejeżdżających samochodów.

Ruch jest niewielki, ale po pół godziny stania zatrzymuje się trójka studentów. Dziwią się bardzo, że czekaliśmy tyle czasu i stwierdzają, że jeśli byłby większy mróz, to pewnie łatwiej by nam poszło. Po drodze krajobraz robi się bardziej pofalowany, pojawiają się pagórki porośnięte całkowicie przez drzewa. Docieramy do Inari, które, położone nad jeziorem o tej samej nazwie, jest ważnym ośrodkiem kultury Sami. Sami to rdzenni mieszkańcy zamieszkujący Laponię. Ważną część ich życia zajmuje hodowla reniferów, znani są również z wyrobu rękodzieła. Wysiadamy przy Siida – muzeum będącym doskonałym miejscem, aby poznać tę kulturę. Dowiadujemy się, że to, co uznaliśmy wcześniej za dziwną wariację seksualną człowieka i renifera, to tak naprawdę kastracja. Odbywa się to przez przegryzanie niesfornych części ciała zwierzęcia zębami człowieka. Z innych ciekawostek: tradycyjne zimowe spodnie Sami robione są z nóg renifera, a nici, z których uszyte są ich barwne stroje, produkowane są ze ścięgien tego zwierzęcia. Znajduje się też tutaj wystawa na temat fauny występującej w subarktycznym rejonie. I tutaj kolejny interesujący fakt: niedźwiedź podczas snu zimowego nie wypróżnia się. Aby to było możliwe, jesienią zjada dużo mrówek, których budulec tworzy swoisty korek. Idziemy jeszcze zobaczyć skansen znajdujący się za muzeum, ale budynki są zamknięte, a ścieżka na wpół zasypana. Dochodzimy do lodowej konstrukcji przypominającej teatr. I to właśnie budka za tym teatrem staje się najbardziej wysuniętym na północ punktem, w którym kiedykolwiek byliśmy. Wracamy do wioski, chcemy zobaczyć parlament Sami, ale kręcą tam film, więc tylko rzucamy okiem. Po zamarzniętym jeziorze co rusz jeżdżą skutery śnieżne, widzimy też prujący zaprzęg husky. Mimo iż jest jeszcze wcześnie, to łapiemy ostatni autobus do Ivalo.

image

image

image

image

image

image

Wysiadamy i, głodni, od razu idziemy na pizzę, a potem obowiązkową kawę. Trochę odpoczywamy, po czym idziemy na spacer ścieżką edukacyjną, która przystosowana jest do letnich przechadzek. Większość eksponatów leży przysypana śniegiem. Wracamy do Jespera, odpoczywamy trochę, idziemy na jeszcze jeden spacer i idziemy spać wyczerpując kolejny dzień na północy.

image

image

Z zawodu programista, z zamiłowania birofil i piwowar domowy, rocznik ’84. O piłce nożnej wie wszystko i wszędzie. Fan Realu Madryt, obudzony w środku nocy potrafi wymienić zawodników „Królewskich” według wzrostu lub rozmiaru buta. Trudno w to uwierzyć, ale jest miłośnikiem filmów z Adamem Sandlerem. Uwielbia jajka (kurze) w każdej postaci, nie może obejść się bez wygodnych spodni i opaski na oczy do spania. Chwile przed zaśnięciem spędza z książką w ręku, zdarza mu się również czytać w kąpieli. Dowcipas, wygłupas, wiecznie młody duchem optymista. Typ poleceniowca, człowiek „last minute” – co ma zrobić późno, zrobi jeszcze później. Obdarowany niespotykanym talentem do gniecenia, plamienia i darcia ubrań. W opinii Pauliny mężczyzna prawie idealny. Podróże są dla niego solą życia, eksplorowanie nieznanego przyprawia go o gęsią skórkę, a o wyprawie dookoła świata marzył zanim jeszcze się urodził.

Dodaj komentarz