Obrazek nagłówka - Paulina i Artur

Magia podróży

Magia podróży

Trudno racjonalnie wyjaśnić wiele zjawisk nieatmosferycznych, które zachodzą podczas naszej podróży. Nie inaczej jest z decyzjami, które podjęliśmy osiemnastego dnia września. Wszystko rozpoczęło się zwyczajnie: poranne gmeranie i wyjście na autostop po to, by z pięknego tureckiego miasta Amasya przemieścić się do zdecydowanie mniej atrakcyjnego Trabzonu, który znalazł się na naszej liście ‚to visit’ z racji zlokalizowanego w nim magicznego irańskiego konsulatu, w którym otrzymanie wizy jest łatwiejsze niż zabranie dziecku lizaka. Do wyboru dwie trasy: przez Samsun – dłuższa, ale pewna, bo mocno uczęszczana oraz via Erbaa – krótsza, ale owiana tajemnicą.

Serwis super!

Serwis super!
Słone jezioro Tuz Golu. O tej porze roku prawie bez wody.

Pisaliśmy o tym, że autostop w Mołdawii działa rewelacyjnie i wychwalaliśmy rumuńską gościnność, ale to, czego doświadczamy w Turcji, to jakieś szaleństwo. Najlepszym wyznacznikiem tureckiej gościnności jest chyba fakt, że Paulina przybrała na wadze. Ku uciesze rodziny, która nie musi się martwić, że zniknie oraz Artura, gdyż zaokrągliła się w kilku znaczących miejscach. Ale po kolei. Dziś punkt pierwszy: autostop.

Dla kogoś, kto lubi wyzwania, autostopowanie w Turcji nie będzie frajdą. Za to wszystkim tym, którzy chcą szybko i łatwo dotrzeć do celu, tureckich kierowców możemy jak najbardziej polecić. Wystarczy być obcokrajowcem, stanąć przy drodze i wyciągnąć rękę, aby zostać pasażerem jednego z aut posiadających turecką rejestrację. Oto lista TOP 6 naszych dotychczasowych autostopowych przygód w Turcji.

Notatki z Turcji

Notatki z Turcji

Zaczęła się nasza przygoda z wyrabianiem wiz. Jeszcze nigdy nie czyniliśmy tego ‚na wyjeździe’, więc jest to dla nas coś zupełnie nowego. Uczymy się na błędach.
Lekcja 1. Konsulaty w Stambule, przynajmniej te, które nas interesują, przyjmują petentów zaledwie przez dwie godziny dziennie, a do tego wcześnie rano i każdy o tej samej porze. Zatem jednego dnia można zaszczycić swoją obecnością tylko jedną placówkę, gdyż w ponad 11-milionowym mieście o powierzchni ok. 150 000 km2 odległości mierzy się w latach świetlnych. Gabaryty Stambułu i natężenie ruchu mogą być również powodem zaledwie kilkunastominutowego spóźnienia i konieczności ponownego przedzierania się przez miasto następnego dnia.

Gościnność po Rumuńsku

Gościnność po Rumuńsku
Pokaz mody w stylu Maramuresz

Siedzimy z tyłu przypięci pasami w karetce. Przez zaklejone okna widać niewiele, a szkoda, bo wjechaliśmy w góry i właśnie przesuwa się pofalowany krajobraz. W środku znajduje się też starszy pan. Chybocze się niefrasobliwie na zakrętach, ma plaster na ramieniu, bardzo mruży oczy, więc gdy pokazujemy mu mapę, mamy wątpliwości czy widzi nazwy miast. Generalnie wygląda jakby sam potrzebował hospitalizacji. Jakby tego było mało, po chwili wyjmuje i zapala papierosa. Z wielką wprawą zaciąga się, jego wargi wchodzą do wewnątrz ust na dwa centymetry. Gdy wydmuchuje dym, ten zamiast dolecieć do okna, leci prosto na nas. Jako, że naszym pierwszym autostopem w życiu była karetka, zastanawiamy się, co szykuje dla nas dzisiaj los.

Mało brakowało

Mało brakowało

Ajajaj! No i się nie udało. A było tak blisko! Już myśleliśmy, że to będzie pierwszy dzień podróży, kiedy powiemy ‚znowu w życiu mi nie wyszło’, jednak wszystko ‚zepsuł’ pewien zacny obywatel Rumunii, który zupełnie nieoczekiwanie zmaterializował się przed nami, przychodząc z pomocą naszym zmęczonym ciałom i zrezygnowanym duszom. Już wyjaśniam, o co kaman.

Pierwszy dzień autostopowania w Rumunii. Wyjeżdżamy z miasta Iasi busikiem, stajemy przy drodze, wyciągamy ręce z podniesionymi kciukami (tak, zawsze przy okazji życzymy kierowcom ‚good luck’, choć można to też zinterpretować jako: ‚będzie OK, jeśli się zatrzymacie’) i natychmiast zajmujemy miejsce w aucie Bogdana. Wysiadamy na rozwidleniu dróg, nasz kierowca jedzie w swoją stronę, a my stajemy w palącym słońcu obok drogi na Sucavę. Po chwili zaczynamy rozmiękać i fałdować się razem z asfaltem, a jak na złość wszyscy zatrzymujący się przy nas kierowcy jadą w innym kierunku lub… chcą pieniądze za podwiezienie. Motorina kosti! Nie można nie zgodzić się z tym stwierdzeniem, jednak my, mając do przejechania jeszcze kilkadziesiąt tysięcy kilometrów, nie chcemy się dokładać do benzyny.

Welcome to Romania!

Skończyła się nasza przygoda z Mołdawią. Będziemy ten kraj bardzo miło wspominać, głównie ze względu na autostop, który działał tam rewelacyjnie. Nigdy i nigdzie nie podróżowało nam się cudzymi samochodami tak łatwo i przyjemnie, jak właśnie tam. Zdarzało się nawet, że ludzie sami pytali czy chcemy, żeby nas gdzieś podwieźli, a do zapisania wartości średniej czasu oczekiwania na zatrzymanie się auta na pewno wystarczyłaby zaledwie jedna cyfra. Mam tu oczywiście na myśli system dziesiętny, arabski. Trochę żałujemy, że wcześniej nie wpadliśmy na tak błyskotliwy pomysł, żeby wybrać się do tego mało popularnego turystycznie kraju. A jeszcze bardziej źle nam z tym, że wróciliśmy do tzw. Europy. Granicy mołdawsko-rumuńskiej nie dało się przekroczyć pieszo, więc uprzejmy pan ze straży granicznej ‚wprosił’ nas do auta pewnego Rumuna, którego imienia rozpoczynającego się od litery S nie możemy sobie przypomnieć, pomimo iż próbujemy wytrwale, zestawiając w głowach wszystkie możliwe kombinacje liter alfabetu. W każdym razie pan mógł nas olać, w końcu sam się nie pisał na bycie naszym drajwerem, a jednak zdaje się, że zaistniałą sytuację potraktował jak misję, bowiem zatroszczył się o nas pierwszorzędnie. Zabrał nas ze sobą do miasta Iasi, które było celem podróży i jego i naszym, upewnił się, że mamy załatwiony nocleg, jadąc ulicami Iasi pełnił funkcję przewodnika, pomógł ustalić adres, pod którym mieliśmy się stawić, a usłyszawszy, że musimy zaczekać, aż nasz couchsurfer wróci z pracy, zawiózł nas do miejsca, w którym wygodnie nam było przeczekać upalne popołudnie zamiast popylać przez miasto z plecakami, pocąc się i męcząc okrutnie.

Mołdawskie lapidaria

Mołdawskie lapidaria

Niepotrzebny jest żaden wehikuł ani magiczne wrota, żeby przenieść się o kilkadziesiąt lat wstecz. Wystarczy wybrać się do wsi Horodiste w Mołdawii. Mieliśmy okazję posmakować odrobinę życia, które prowadzą najubożsi mieszkańcy tego kraju. Zabrał nas tam David, Francuz, który pracuje w Soroce dla pewnej francuskiej firmy produkującej znane również w Polsce wyroby nabiałowe. Jest to chyba jeden z nielicznych przypadków, gdy obywatel UE zarabia na życie w Mołdawii, a nie na odwrót. A zabrał nas tam dlatego, że sam jechał w odwiedziny do grupy znajomych – rodaków, którzy w ramach wolontariatu próbują podnieść poziom życia mieszkańców wsi, m.in. poprzez tworzenie gospodarstw agroturystycznych, szkoły jazdy konnej itp. Wracając do tematu, jesteśmy pełni podziwu i szacunku dla ludzi, którzy każdego dnia muszą zmagać się z trudnościami, które niesie życie w wiejskich realiach. Mołdawską wieś dobrze określił David słowami: ‚Is very basic’.