Zaczęła się nasza przygoda z wyrabianiem wiz. Jeszcze nigdy nie czyniliśmy tego ‚na wyjeździe’, więc jest to dla nas coś zupełnie nowego. Uczymy się na błędach.
Lekcja 1. Konsulaty w Stambule, przynajmniej te, które nas interesują, przyjmują petentów zaledwie przez dwie godziny dziennie, a do tego wcześnie rano i każdy o tej samej porze. Zatem jednego dnia można zaszczycić swoją obecnością tylko jedną placówkę, gdyż w ponad 11-milionowym mieście o powierzchni ok. 150 000 km2 odległości mierzy się w latach świetlnych. Gabaryty Stambułu i natężenie ruchu mogą być również powodem zaledwie kilkunastominutowego spóźnienia i konieczności ponownego przedzierania się przez miasto następnego dnia.
Lekcja 2. Informacje dotyczące składania wniosków o wizę i wymaganych dokumentów zawarte w internecie, nawet na stronach domowych konsulatów, mogą okazać się niepełne, błędne lub być skierowane wyłącznie do obywateli Kanady, pomimo, iż znajdują się na stronie konsulatu Pakistanu zlokalizowanego w Turcji.
Lekcja 3. Mimo pojawienia się już po czasie urzędowania konsulatu indyjskiego można otrzymać od jego uprzejmego pracownika potrzebne druczki, do wypełnienia jako zadanie domowe. Niestety bez żadnych wyjaśnień ani możliwości skonsultowania naszych wątpliwości z kimś kompetentym w zakresie przyznawania wiz do Indii. Dzięki temu oraz patrz lekcja 2. następnego dnia może okazać się, że wstało się razem z kogutem (a tak właściwie to nawołującym z meczetu muezinem) i przejechało pół miasta niepotrzebnie.
Lekcja 4. Telefon w konsulacie może być permanentnie zajęty. Dzięki temu można nauczyć się lekcji 1. i 3.
Ze Stambułu wyjedziemy bogatsi w nową wiedzę, z podniesionymi czołami kierując się do placówek dyplomatycznych Pakistanu i Indii w Ankarze oraz Iranu w Trabzonie. Mając nadzieję, że wyjdziemy z nich z tarczą, a nie na tarczy, z wizami w kieszeniach, tzn. w paszportach.

***

Miejsce akcji: kuchnia w mieszkaniu Vedata z CS, Stambuł. Czas: 4 września 2012, wieczór. Osoby: żona Vedata – Pinar, ich 1,5-miesięczna córeczka Cigdem i Paulina. Na podłodze leży duży kawałek jasnego materiału w drobne wzory kwiatowe, a na nim okrągły, turecki stół. Przy nim siedzi na piętach Pinar, w taki sposób, że jej uda schowane są pod kwiecistą tkaniną – dzięki temu nie pobrudzi sobie przy pracy swojej długiej, ciemnej spódnicy. Obok, na złotej poduszce siedzi Paulina i przygląda się, jak dziewczyna przy pomocy długiego, drewnianego drążka wałkuje ciasto na drobne tureckie pierożki, manti. Nigdy wcześniej nie widziała takiej metody. W ciągu paru chwil, dzięki sprawnej pracy rąk z porcji ciasta w kształcie kuli powstaje duży, cienki i idealnie okrągły ‚naleśnik’. Pinar tnie go energicznymi ruchami wdłuż i wszerz, na stole pojawiają się malutkie kwadraciki. Na każdym z nich kładzie odrobinę masy z mielonego mięsa wołowego (muzułmanie nie spożywają wieprzowiny), drobno posiekanej cebuli oraz przypraw. Teraz można zabrać się do sklejania pierożków. Robi się to bardzo prosto, więc Paulina przyłącza się i po kilku minutach stół pełen jest malutkich ‚sakiewek’. Cały proces powtarzany jest kilka razy, gdyż tego dnia do nakarmienia będzie aż 6 osób. Dziewczyny pracują w ciszy, gdyż Pinar nie zna żadnego języka poza tureckim. Do komunikacji wystarcza im szczery uśmiech i dłonie, którymi można pokazać właściwie wszystko. W międzyczasie z sypialni zaczyna dobiegać płacz dziecka: to budzi się Cigdem, więc Pinar przynosi ją do kuchni i siada z wyprostowanymi nogami, na których układa dużą poduszkę,a na niej swoją córeczkę. Porusza nogami na boki, kołysząc maleństwo, które natychmiast uspokaja się i dziewczyna może kontynuować swoją pracę. Co ciekawe, w bardzo nowoczesnym mieszkaniu naszych tureckich znajomych trudno dostrzec ślady obecności dziecka. Brakuje nosidełek, wanienek, kołysek, stosów zabawek i innych akcesoriów, którymi zazwyczaj zasypane są domy, w których dorasta maluszek. Nie zauważyliśmy nawet obecności wózka, a mimo to młodzi rodzice radzą sobie rewelacyjnie. Paulina zastanawia się czy te wszystkie ‚cuda’, które rzekomo mają ułatwiać wychowanie dziecka są rzeczywiście potrzebne? Pierogi przygotowane, pozostaje je ugotować i polać sosami: jogurtowym i pomidorowym. Niebo w gębie.*

* Podróże zmieniają ludzi, ja nie jestm wyjątkiem. Zasadniczą zmianą jest to, że stałam się bardziej otwarta na jedzenie mięsa: czasami z konieczności, czasem z ciekawości. Nieraz smakuje mi bardziej, innym razem mniej, ale zdarza się również, że danie mięsne mogę podsumować stwierdzeniem: ‚Niebo w gębie!’, a nawet poprosić o dokładkę.

***

Istambuł. Typowy turecki bar, do którego panowie przychodzą na herbatę lub kawę. Jeszcze nigdy nie widzieliśmy w takim miejscu reprezentantki płci pięknej i pewnie nie ujrzymy, bo nie jest to odpowiednie miejsce dla kobiet. Turyści też rzadko zaglądają do takich lokalów, wybierając te bardziej fancy, więc właściciel, wąsaty Turek, wykazuje lekkie zdziwienie. Zamawiamy dwie kawy po turecku w wersji ‚sade’, czyli bez żadnych dodatków i siadamy na taborecikach przy niskim stoliku. Z racji tego, że dla mnie dosypywanie cukru do tak szlachetnego napoju jak kawa czy herbata jest profanacją, już pierwszego dnia pobytu w Turcji nauczyłam się, jak powiedzieć po turecku, że ma być on niesłodzony. Zaczynamy partyjkę tryktraka, a po chwili pojawiają się na stoliku dwie filiżaneczki oraz po jednej szklance wody na głowę. Lokalny zwyczaj – popijanie kawy wodą. Przed, w trakcie lub po, w zależności od upodobań. Przegrywam rozgrywkę tryktraka, żegnamy się z właścicielem i idziemy w stronę Hagia Sofia.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *