Obrazek nagłówka - Paulina i Artur

Wszystko w temacie

29 Artykułów

Dziennik – 19 października 2012

Jemy śniadanie wspólnie z Hamidem i Zohre, a potem jedziemy do pobliskiego Soltanieh, gdzie znajduje się wielki, ponad 800-letni meczet. Wchodzimy do środka i budynek naprawdę robi wrażenie, szkoda tylko, że wnętrze pokrywają rusztowania, gdyż trwają właśnie prace renowacyjne. Można za to wejść na górę i podziwiać misterne wzory na ścianach i sufitach. Na zewnątrz rozpościera się oszałamiający widok na okolicę. Po zwiedzaniu znajdujemy miejsce na piknik i pałaszujemy uprzednio przygotowany posiłek. Kanapki popijamy piwem bezalkoholowym o smaku brzoskwini – smakuje trochę jak średnio udany sok. Po wszystkim Hamid wywozi nas na autostradę. Próbujemy przez chwilę „łapać stopa” i nagle słyszymy trąbienie. Patrzymy, a tu z boku przystanął chłopak w naszym wieku i woła nas do samochodu. Jedzie aż do Teheranu. Masoud jest trenerem wspinaczki i uczestniczy też w mistrzostwach świata. W styczniu jedzie na zawody do Korei Południowej. Po drodze dużo rozmawiamy. Jako że droga jest długa, a on nie jadł lunchu, zaprasza nas do restauracji. Jemy kebab w wersji irańskiej, czyli po naszemu szaszłyk przykryty ryżem. Po pysznym posiłku możemy jechać dalej. Ściemnia się już, a przed Teheranem stajemy w wielkim korku. No tak, dzisiaj piątek, czyli w Iranie jednodniowy weekend i wszyscy wracają do domu. Nie ma tego złego – możemy dłużej być razem i jeszcze pogadać. Masoud zaprasza nas do siebie do domu. Uprzejmie odmawiamy, gdyż umówiliśmy się już z Abbasem z CS. W końcu docieramy do Teheranu i odbiera nas samochodem przyjaciel Abbasa – Reza. Masoud prosi nas o wysłanie mu sms-a gdy dojedziemy i odjeżdża dopiero, kiedy my odjeżdżamy. Abbas czeka na nas wraz z żoną Zahrą. Kiedy Reza wstaje i chce wyjść, Abbas zatrzymuje go metodą „jebs na fotel”. Taka irańska gościnność. Pijemy herbatę i rozmawiamy, a Zahra przygotowuje na kolację gorme. Kiedy Reza w końcu wychodzi i zarzeka się, że nie chce jeść, dostaje danie na wynos. Rozmawiamy do północy i planujemy, co dalej zobaczyć w Iranie. Abbas wraz z żoną odstępują nam swoją sypialnię, a sami idą spać gdzie indziej.

Dziennik – 17 października 2012

Wstajemy wcześnie rano i nie budząc Farida wychodzimy do biura Nassera. Zatroskany Nasser, twierdząc, że bezpłatny autostop w jego kraju jest niemożliwy, pisze nam na kartce informacje w farsi dla kierowców, że chcemy podróżować z nimi za darmo. Idziemy razem kupić bilety do Indii – udaje się bez problemu. Właśnie zapewniliśmy sobie kilka miesięcy luzu – bez martwienia o wizy czy inne ‚czynności administracyjne’. Jest jeszcze wcześnie, więc nie chcąc budzić Farida idziemy do biura Mohammada, który na swoim profilu CS ma napisane, że jest ‚wirtualnym Polakiem’. Mohammad mimo, iż nie był w Polsce uwielbia nasz kraj, uwielbia zdjęcia zrobione przez polskich członków CS. Patrząc na fotografie znalazł nawet pewien odcień koloru zielonego, który nazwał ‚polską zielenią’. Wracamy do Farida, pakujemy się, oglądamy jeszcze dokument o problemach irańskich studentów i wyjeżdżamy na koniec miasta. Za bilet na autobus trzeba zapłacić kartą, a my jej nie mamy. Płaci za nas nieznajoma dziewczyna, a nam nie udaje jej się oddać pieniędzy. Ach ci Irańczycy. Dalej przesiadamy się na taksówkę i idziemy ‚na stopa’. Próbujemy zadzwonić do Hamida z CS, ale nie odbiera telefonu. Po chwili zatrzymuje się policjant w cywilu, pokazujemy mu kartkę i jedziemy jakieś 50 kilometrów. Policjant wysadza nas na przydrożnym posterunku i załatwia nam kolejny transport. W tirze siedzą dwaj bracia: Mohammed i Ali. Mimo bariery językowej udaje nam się trochę porozmawiać. Jedziemy z nimi 3 godziny, pokazujemy im zdjęcia z Polski, jemy melona, daktyle, ciastka, próbujemy dzwonić do Hamida. Chłopaki wysadzają nas obok posterunku przed Zanjanem. Proszą policjanta, aby załatwił nam taxi. Taksówka przyjeżdża, ale kierowca proponuje zbyt wysoką cenę. Patrzymy na mapę i widzimy, że to tylko 2,5 km do centrum, więc idziemy pieszo. Nie dane jest nam dojść, bo z drogi zabiera nas ciężarówka. Tym razem się nie dogadujemy i kierowca wysadza nas przy następnym posterunku, który jest już daleko od głównej części miasta. W końcu udaje się nam dodzwonić do Hamida i okazuje się, że odbierze nas z centrum. Bierzemy taksówkę, ustalamy cenę i jedziemy. Taksówkarz świruje coś z opłatą i jako, że nie mamy drobnych wykorzystuje sytuację i nie chce oddać reszty. Po nerwowych minutach w końcu ustępuje. Spacerujemy po mieście, idziemy zjeść hamburgera i orzechy. W końcu pojawia się Hamid i jedziemy z nim do domu. Poznajemy jego żonę Zohre, która na kolację przygotowała nam pyszne gorme. Jupi!

Dziennik – 15 października 2012

Budzimy się w namiocie, szczęśliwi, że udało nam się wyspać tej nocy. Jesteśmy na stacji benzynowej przy granicy armeńsko-irańskiej. Po chwili uruchamia się pompa do gazu, która wydaje głośny dźwięk. Wczoraj nasz nowy ormiański ‚brat’ obiecał, że pompę włączą tylko raz w nocy na chwilę i właśnie tak było. Myjemy się, składamy namiot, żegnamy się i idziemy w stronę granicy. Przy wolnym tempie pracy urzędników nieśpiesznie przechodzimy granicę. Jeszcze po stronie armeńskiej robimy mały zapas papieru toaletowego, gdyż czytaliśmy, że Irańczycy mają inne sposoby utrzymywania higieny na odpowiednim poziomie po wizycie w WC. Po stronie irańskiej spotykamy Mahmouda – kierowcę TIR-a, z którym wczoraj spędziliśmy prawie cały dzień. Mahmoud tłumaczy taksówkowym naganiaczom jak podróżujemy, a tamci natychmiast się od nas odczepiają – jakże inaczej niż w Tajlandii. Wymieniamy pieniądze, jemy ciastka, pijemy wodę i wychodzimy z posterunku granicznego. Wokół roztaczają się przepiękne widoki na góry, ale cykamy się cykać fotki – jesteśmy przecież w Iranie ;). Jeszcze nie zdążyliśmy dobrze wyjść z posterunku, a zaczepia nas Irańczyk i proponuje ‚podwózkę’. Upewniamy się trzy razy, że nie chce pieniędzy i jeszcze dla pewności jeden raz przy samochodzie. Nasz pierwszy autostop w Iranie podwozi nas do Jolfy, po drodze kupując nam lody. Udaje nam się trochę porozmawiać z nim w farsi dzięki elektronicznemu tłumaczowi. W Jolfie obserwujemy nieznany nam świat – kobiety chustach na głowie lub w czadorach a’la ninja. Jacyś kierowcy taksówek dosłownie siłą próbują nas zaciągnąć do ich pojazdów, ale się nie dajemy. Na wylotówkę podwozi nas chłopak z Jolfy, który okazuje się couchsurferem i sam się zatrzymał, żeby spytać czy nie potrzebujemy pomocy. Do Tabrizu docieramy na trzy raty. Najpierw dwaj chłopacy podwożą nas 20 kilometrów i chcą nas zawieźć na autobus. Nie mówią dobrze po angielsku, ale w końcu udaje nam się ich przekonać, że mogą nas zostawić na drodze. Następny jest kierowca TIR-a, który mknie 120 kilometrów na godzinę, a w najmniej oczekiwanym momencie wysadza nas w połowie drogi. Może dlatego, iż nie schowałem się przed policją. Ostatni jest kierowca ciężarówki, który wiezie nas na rogatki Tabrizu. Kontaktujemy się z Faridem z CS. Mamy polską kartę SIM i są problemy z komunikacją, ale Irańczycy okazują się pomocni i jeden pan ze sklepu BHP, który mówi po angielsku, kontaktuje się z Faridem, kreśli nam mapę i jeszcze na pożegnanie daje nam numer telefonu i przeprasza, że nie może nas przenocować. Tarof? Jedziemy autobusem do centrum, kierowca nie chcę od nas pieniędzy – nawet po potrójnym ich zaproponowaniu. W końcu udaje nam się spotkać Farida – 21-letniego studenta z Tabrizu. Idziemy do jego domu. Paulina pyta czy może zdjąć z głowy chustę – nie ma problemu. Rozmawiamy trochę, po czym my idziemy na hamburgera, a Farid na zajęcia. Spotykamy się ponownie w domu i rozmawiamy o Polsce, Iranie, hedżabie oraz dzielących nasze światy różnicach.

Iran for dummies

Iran for dummies
Irański numer rejestracyjny.

Podróż do Iranu była naszym marzeniem od niepamiętnych czasów. Zainspirowały nas filmy i książki opowiadające o tym wyjątkowym kraju. Mieliśmy w głowach pewną jego wizję i nie mogliśmy się doczekać, żeby poznać go na żywo. Po ponad dwóch tygodniach pobytu w Iranie możemy z całym przekonaniem stwierdzić, że się nie rozczarowaliśmy. Wręcz przeciwnie: z punktu widzenia turysty jest to raj na Ziemi. A czy z punktu widzenia mieszkańców? To już zupełnie inna historia.

Poniżej garść różnych informacji na temat tego wspaniałego kraju i jego jeszcze bardziej wspaniałych mieszkańców.

Pewnego razu w Armenii…

Pewnego razu w Armenii…
Arnold w roli nauczyciela

…byliśmy gośćmi na lekcji języka polskiego na State University of Yerevan. Opowiadaliśmy ormiańskim studentom uczącym się naszego języka o podróżach i Polsce oraz szerzyliśmy ideę couchsurfingu. Było to możliwe dzięki Arnoldowi, chłopakowi z Polski, który studiuje na tym uniwersytecie i który przyjął nas pod swój dach w trakcie naszego pobytu w stolicy Armenii.

… odwiedziliśmy polską ambasadę w Erywaniu. Poszliśmy tam z czystej ciekawości, gdyż nigdy nie byliśmy w żadnej polskiej placówce dyplomatycznej. Ucięliśmy sobie miłą pogawędkę z panią Andreą, znajomą Arnolda, która zajmuje się sprawami związanymi z wydarzeniami kulturalnymi.

Dzienniki gruzińskie. Część druga (ostatnia).

Dzienniki gruzińskie. Część druga (ostatnia).
Nocleg przy placu zabaw.

29 września

Znów autostop do Tbilisi, tym razem z panem wiozącym za tylnym siedzeniem mięso. W Gruzji (jak zresztą w wielu innych krajach) fakt, że powinno się je przechowywać w lodówce nie jest oczywisty, więc ledwo udaje nam się pohamować zwrot śniadania. Wysiadamy na dworcu Didube i marszrutką dojeżdżamy do Mtskhety. Zwiedzamy miasteczko i wszystkie znajdujące się w nim kościoły, a następnie błądzimy trochę wśród chaszczy w poszukiwaniu mostu, który ma nas doprowadzić do głównej drogi. Łapiemy TIR-a prowadzonego przez Datu, który bardzo by chciał nas zaprosić na szaszłyk, ale niestety do końca dnia pracuje. Często w tym kraju pada pytanie: ‚Szaszłyk chcesz?’.

Ciekawostki z Turcji

  • chleb – W Turcji jada się go do każdego posiłku, rzadko w formie kanapek i zazwyczaj nie kroi się go tylko rozrywa na części. Jeden z naszych tureckich znajomych stwierdził, że przyczyną zjadania niebotycznych ilości pieczywa może być obawa, że odejdzie się od stołu głodnym – chleb pełni funkcję zapychającą.
  • późna kolacja – Wszyscy obywatele Turcji, z którymi mieliśmy do czynienia największy posiłek zjadają wieczorem. Jedliśmy i my. Nie jest łatwo zasnąć po tak konkretnej dawce kalorii.
  • toaleta a’la turka- Nie było nam łatwo przyzwyczaić się do tego wynalazku będącego po prostu dziurą w podłodze z miejscami na postawienie stóp po bokach. Pierwszą myślą, jaka przyszła do głowy Paulinie po pierwszej wizycie w takiej toalecie było pytanie: ‚Jak ja się tu wy***m?’
  • papierosy – Turcy palą na potęgę. Oczywiście zdarzają się osobnicy wolni od nałogu, jednak nasze płuca dostały konkretnie po tyłku.
  • śmieci – Urok Turcji psują walające się wszędzie odpady. Na porządku dziennym jest wyrzucanie butelek, puszek i innych opakowań przez okno jadącego samochodu, upuszczanie śmieci bezpośrednio na ziemię, a nawet wyrzucanie worków z odpadami przez okna bloków.
  • słodycze i desery – Najlepsze, jakie jedliśmy w życiu, a wśród nich: lokum (Turkish delight), baklava, helva, czyli chałwa (nie tylko sezamowa) i künefe, podczas jedzenia którego Artur wydawał różne dzwięki wyrażające zadowolenie i uśmiechał się jak głupi do sera. Dosłownie, gdyż jednym ze składników tego deseru jest właśnie ser.
  • islam – Turcy nie tylko mówią, że są muzułmanami. Oni rzeczywiście nimi SĄ. I nawet, jeśli nie modlą się pięć razy dziennie, nie przestrzegają hedżabu lub innych przykazań religijnych, to ich życie podporządkowane jest zasadzie: ‚Czyń dobro!’. Oczywiście w każdym stadzie zdarzają się czarne owce, ale w żadnym innym kraju nie doświadczyliśmy takiego poczucia bezpieczeństwa i takiej gościnności.
  • H2O – Wody ci tutaj dostatek. Co kawałek znajdują się przy ulicach źródełka, z których można zaczerpnąć świeżej wody. W kryzysyowej sytuacji można poratować się umywalnią przy meczecie. W domach zaś bardzo popularne jest posiadanie ogromniastej, dziesięciolitrowej butli wody pitnej ze specjalną, nakręcaną na gwint pompką.
  • gumowe lody – Turcy do tzw. lodów gałkowych dodają coś, co powoduje, że posiadają one właściwość ‚ciągnięcia się’.
  • döner kebab – Po powrocie do kraju mamy zamiar przeprowadzić specjalną akcję mającą na celu przeszkolenie polskich gastronomów w zakresie przyrządzania i serwowania kebabu.
  • mężczyźni – Turcy są bardzo uczuciowi, więc nikogo nie powinnien dziwić widok dwóch lub większej ilości mężczyzn idących pod ramię lub z ręką ulokowaną na ramieniu kolegi, a także całującymi się w poliki na powitanie i pożegnanie.
  • buty – Zazwyczaj zostawia je się przed wejściem do domu lub mieszkania. W związku z tym bywa (szczególnie w przypadku wielodzietnych rodzin), że klatka schodowa pełna jest nie zawsze pachnącego fiołkami obuwia.
  • kolejki w bankach – Można by pomyśleć, że w dobie internetu banki powinny świecić pustkami. W Turcji nie świecą, a wręcz przeciwnie. Łatwo stracić pół dnia siedząc na plastikowym krzesełku z numerkiem w ręce i wzrokiem wlepionym w cyfrowy wyświetlacz, w myślach błagając jakąś siłę wyższą, aby stało się niemożliwe – by kolejną liczbą po 3362, 3363 itd. było 3393.
  • guma do żucia – Turkom udało się rozwiązać problem utraty smaku przez gumę w miarę jej żucia. Po prostu nie ma ona go od samego początku.