Od początku przyjazdu do Finlandii nastawialiśmy się na zwiedzenie jednego z tutejszych parków narodowych. Chcieliśmy wędrować, spać w namiocie, zbierać jagody oraz chłonąć naturę wszystkimi zmysłami. No i zobaczyć dlaczego Finowie lubują się w tym rodzaju aktywności. Wybór pada na Park Narodowy Repovesi, znajdujący się jakieś 200 kilometrów od Helsinek. Najpierw dojeżdżamy do Kouvoli popularnym Onnibusem czyli Szczęśliwym Busem, a przez nas nazwanym Fińskim Busem. Zbieżność nazw z Polskim Busem nie jest przypadkowa. Wysiadamy, na zegarku już prawie północ, a my kierujemy się na południe poszukać jakiegoś miejsca na namiot. Rozbijamy się w ni to lasku, ni to krzakach pomiędzy główną drogą a placem marketu budowlanego. Everyman’s law bardzo ułatwia życie w takich sytuacjach. Nazajutrz, po dość ciepłej nocy i śniadaniu zjedzonym w biegu, łapiemy autobus pod bramy parku.

Wysiadamy przy samej bramie, ale postanawiamy pokrzepić się małą kawą i zajść do toalety, która jest zasypywana trocinami. Po zabawie z wiórami rozpoczynamy wędrówkę. Kilkaset metrów dalej ukazuje się most wiszący około dziesięć metrów nad rzeką. Czekamy na swoją kolej, po czym idziemy zbadać jak zachowuje się nasz lęk wysokości. Mimo iż most sprężynuje przy każdym kroku, tak, że obijamy się jak kauczuk, obywa się bez incydentów i przechodzimy na drugą stronę.

Most Lapinsalmi

Most Lapinsalmi

Dochodzimy do bazy Lapinsalmi, przy której jest dość głośno. Nie chcemy się tutaj zatrzymywać, więc ruszamy dalej. Trasa wiedzie przy jeziorze, niekiedy odbija wgłąb lasu, a to zawsze wiąże się z małą wspinaczką, co z kolei jest trochę męczące dla organizmu objuczonego plecakiem. Najwyższa wspinaczka doprowadza nas do miejsca, gdzie mamy dziś spać. W odległości 200 metrów od siebie znajdują się tutaj dwie bazy. Mijamy pierwszą, gdyż tu też jest gwarno i rozbijamy namiot przy drugiej, gdzie większość ludzi akurat się zwija. Znajdujemy pompę z wodą, która ma żelazny posmak i mętny kolor. Nie do końca jesteśmy pewni czy nadaje się do picia, ale napełniamy butelkę. Rozbijamy namiot, a potem jemy obiad przy jednym stole z Finami i z Rosjanami. Posiłek umilamy sobie rozmową, a co ciekawe to Fin rozpoczyna konwersację.

Pod górę

Widok na jezioro

Rozbicie namiotu

Po posiłku ruszamy dalej, pod stromą górę. Na szczęście duży plecak leży spokojnie w namiocie, nie martwiąc się o swoją przyszłość. Drzewa się lekko przerzedzają i z góry dostrzegamy ciemnobłękitne jezioro. Dla takich widoków tutaj przyjechaliśmy. Odtąd droga prowadzi w dół, po skałkach schodzimy na do jeziora i okazuje się, że na przeciwległym brzegu widać miejsce, które znajduje się blisko naszego lokum z namiotem. Chcemy wejść na punkt widokowy Mustanlamminvuori, ale droga nie jest dobrze oznaczona na mapie. Dodatkowo wysiłek plus parna pogoda powodują, że kończy nam się woda przywieziona ze sklepu. Przystajemy przy kolejnej bazie i gotujemy sobie herbatę na mętnej, żelaznej wodzie, aby ugasić pragnienie. Wpadam na pomysł, aby ją ochłodzić w jeziorze. Niestety gdy wracam z kubkiem w ręce, wykładam się jak długi. Na dłoni pojawia się krew, w kubku zostaje jedynie trzecia część herbaty, a worek z liśćmi herby ląduje na ziemi. Szczęście w nieszczęściu, mój wypadek staje się przyczynkiem do rozmowy z Finem-ojcem, który przebywa z dziećmi w tym samym miejscu. Dowiadujemy się gdzie jest szczyt, ponownie gotujemy wodę na herbatę i ruszamy dalej pod górę.

Skała górująca nad jeziorem

Paulina przy skale

Rozłożyste drzewo

Dochodzimy do wieży, na której znajduje się punkt widokowy. Wdrapujemy się po schodach i nieśpiesznie podziwiamy z góry jeziora i lasy. Na punkcie widokowym dokazuje przyjemny zefir, co jest dla nas zbawienne w związku z ciepłą pogodą. Po dłuższym czasie schodzimy na dół i wzdłuż jeziora wracamy do głównego szlaku. Dopada nas już wycieńczenie i doskwiera myśl o niepewnej, mętnej wodzie w plecaku. Nagle krajobraz się zmienia, wychodzimy z lasu na drogę szutrową, a za zakrętem ukazuje się pompa. Jeszcze mała lektura tabliczki i okazuje się, że woda jest pitna. Chude ramię idzie w ruch i już po chwili raczymy się przejrzystą wodą. Dawno nam tak nie smakowała zwyczajne H20. Przy pompie spotykamy Finów i opowiadamy jak się tu dostaliśmy. Jeden z nich, usłyszawszy, że tej nocy spaliśmy gdzieś w krzakach odpowiada, że to zabawne spotkać obcokrajowców, którzy robią w jego kraju, to samo co on robi poza granicami. Idziemy do kolejnej bazy zwanej Olhava. Miejsce jest malowniczo rozłożone pomiędzy jeziorem, a pięćdziesięciometrowymi skałkami i dlatego właśnie roi się tutaj od wspinaczy. Co rusz pociągając wodę z butelki, obserwujemy jak Finowie wdrapują się do górę. Zastanawiamy się jak oni wbijają te haczyki, które są w stanie unieść ciężar człowieka. Potem wchodzimy na sam szczyt, ale naokoło i podziwiamy widoki. Czas wracać, bo zmęczenie daje się we znaki.

Punkt widokowy

Przy pompie

Podziwiamy bezkres

Powrót mija nam bardzo szybko, gdyż Paulina postanawia śledzić dzieciaki, które żwawo wracają do bazy. W połowie drogi okazuje się, że bynajmniej nie podążają one oznaczoną trasą. Rozstajemy się, gdy znikają nam z oczu schodząc w dół z dziesięciometrowej grani. Gdy docieramy do bazy, z zadziwieniem odkrywamy, że nikt tutaj dziś nie nocuje oprócz nas, podczas gdy 200 metrów dalej nie ma gdzie śledzia wcisnąć. Ze zmęczenia padam na pomoście podziwiając chmury. Jeszcze przed zmrokiem jemy posiłek. Apetyt dopisuje jak nigdy, wszakże przeszliśmy ponad dziesięć kilometrów po trudnym terenie. Po kolacji jeszcze trochę napawamy się otaczającą naturą, po czym myjemy się, idziemy w trociny i wieszamy śmieci na drzewie, aby niepotrzebnie nie dokarmiać naszego strachu przed dzikimi zwierzętami. Zasypiamy prawie od razu.

Powrót

Padam

1 Comment

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *